Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

niedziela, 1 października 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 117 - Bal przebierańców

Żyjemy, żyjemy! Jak to u nas - dzieje się i się nie dzieje. Z jedzeniem czasem jest lepiej, a częściej mniej lepiej. "Perpetuum mobile - nie je, nie pije, a chodzi i żyje". Zaczynają się jednak chłodne noce, a tłuszcz babci nie ogrzeje, gdyż go nie posiada. Poza tym babcia wykopuje się często spod kołdry i nie potrafi się nią przykryć. Wówczas marznie - i albo wyje w środku nocy, że jej zimno, budząc mnie i motywując do wstania i przykrycia jej, albo nie wyje i marznie do rana. Na przeciw temu wyzwaniu wyszła jednak Rodzina. Rodzina już raz była dla mnie inspiracją, z której czerpiemy do dziś pełnymi garściami, a ściślej rzecz ujmując - pełnymi łykami. Dzięki Rodzinie wpadłam na pomysł zakupu kubka z Akuku. Rodzina swoje potomstwo na noc pakuje w ciepłe kombinezony do spania, gdyż potomstwo owe też ma tendencje do wypełzania spod przykrycia. Postanowiłam zatem zaopatrzyć babcię w takowy i podzieliłam się tym pomysłem z Mamą Rodziny. Oczywiście stanęło na tym, że kombinezon kupię w lumpie. Jak się dobrze poszuka, to w dobrym stanie się znajdzie. Nowe są drogie i nie to, że żulę kasę na babcię, ale raz że ona nie zniszczy tego, a dwa że prawdopodobnie nie zdąży zniszczyć. Mama Rodziny stanęła na wysokości zadania i przy najbliższej wizycie w lumpie sprzedała mi informację, że trafiła na coś takiego. Było w rozmiarze na 1,40 m. Wzięłam, bo babcia jest niższa ode mnie i trochę na ryzyko - wejdzie albo nie wejdzie. Wybuliłam 14 zł, kombinezon jest w świetnym stanie, bardzo miękki i naprawdę ciepły. Jego wadą, a zarazem zaletą jest to, że nie ma stóp. Babcia gubi w nocy skarpety - to jego wada. Zaleta wynika z tego, że dzięki temu babcia w niego się mieści, bo jednak nogawki są trochę przykrótkie. Na razie jednak daje radę, a szukać będę jednak czegoś trochę większego i z zakrytymi stopami.

Kombinezon jest szary w czarną panterkę, a kaptur ma urocze uszy.

Kombinezon jest tylko na noc. Więc po kolacji i sikaniu, rozbieram ją z piżamy, czemu towarzyszą większe lub mniejsze protesty, ale jednak dajemy radę. Dostaje do potrzymania mięciutki materiał oraz obietnicę, że zaraz ubiorę ją w misia. Rano śmigamy w drugą stronę - odpakowuję ją z misia i ubieram w piżamę, czemu ponownie towarzyszy pewien poziom niezadowolenia. Przypierdzieliłam więc  sobie dodatkową robotę, ale dzięki temu nie drze się tak często, że jej zimno. Drze się z innych powodów. Np. spada z łóżka (w znaczeniu - zsuwa się z niego i woła o pomoc) - ostatnio zaliczyłyśmy dwie takie akcje; chce jej się pić - co którąś noc; bez przyczyny - generalnie każdej nocy z mniejszym lub większym natężeniem (ciszej lub głośniej), czasem potrafiła wyć bez przerwy nawet dwie godziny, ale teraz jest spokojniejsza. Raz przed 3 w nocy darła się "daj chleba", ale to olałam, przykryłam się mocniej kołdrą i spałam dalej.

W dzień też zawodzi, ale do tego już przywykłam, choć nie powiem - cieszę się, gdy śpi, a w mieszkaniu panuje błoga cisza :)

piątek, 28 lipca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 116 - Nie samym chlebem.

Przestałam. Przestałam liczyć te cholerne kalorie. Zrezygnowałam po jednodniowym paśmie sukcesów, kiedy zjadła w 100% wszystkie podane posiłki.Trudno jednak ogarnąć kalorie, kiedy z podanej porcji w organizmie babci ląduje tylko część. Tak więc zrezygnowałam. Mobilizacja do wstawania skoro świt, by przed obiadem zdążyć z dwoma śniadaniami, też jest różna. Bardzo różna. Baaaardzo. Albo jest taki dzień jak ten. O godz. 14.00 zjadła śniadanie. Pierwsze. W postaci połowy drożdżówki z jagodami i kubusiem. Ale cóż innego robić, gdy z nieba leje się woda. W przyszłym tygodniu podobno dla odmiany z nieba będzie lał się żar. Też idealna pogoda na niekończące się spanie. Ale żeby nie było - jakieś produkty spożywcze jednak wciąga. I jako taki kontakt ze światem (czyli ze mną) od czasu do czasu utrzymuje.

Ze względów praktycznych siedzę obok niej na łóżku, gdy je drożdżówkę, i ją przytulam. Babcię. Nie drożdżówkę. Względy praktyczne związane są z tym, że zaczyna nudzić mi się powtarzanie co dwie minuty, żeby nie kładła się w trakcie jedzenia. Siadam zatem i przytulam.

- Chcesz się lelać? pyta.
- Tak. A ty nie chcesz?
- Ja chcę spać.

Nie samym chlebem człowiek żyje. Jest jeszcze spanie.

piątek, 21 lipca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 115 - Walki o kalorie ciąg dalszy

Nadal liczę. Te kalorie. Wiem już, ile ich jest w 100 gramach jajka i ile mniej więcej waży średniej wielkości jajko. Ile kalorii ma kubek kakaa z mlekiem, a ile drożdżówka z serem. W ogóle ta drożdżówka mnie zaskoczyła, a raczej te 300 kalorii, które w sobie kryje. Poznałam też zawartość kalorii w ziemniakach, smażonej rybie i maśle. I może ogarnę regularność posiłków. Dziś dałyśmy radę. Babcia zjadła pierwsze i drugie śniadanie, obiad, dostała nutridrinka w ramach podwieczorku i wieczorem kolację. Przed nami jeszcze kaszka. Sądzę, że jeśli wciągnie całą kaszkę to dzień zakończymy spokojnie z wynikiem 1850 kalorii (uczcijmy to chwilą ciszy i niemymi fanfarami).

Wczoraj o 23.30 zadebiutowałam z tą kaszką. Na pierwszy ogień poszła jagodowo-truskawkowa. Zrobiłam według zalecenia (może poza sterylizacją rąk, naczyń, kuchni i podwórka; darowałam sobie także pięciominutowe gotowanie zagotowanej wody) i babcia wciągnęła całą porcję. Przed podaniem na szczęście spróbowałam i nadrobiłam drobne niedociągnięcie producenta, dosypując łychę cukru. Babcia pożarła kaszkę i poszła spać. Zajrzałam do niej po kilku minutach. Spała jak suseł, pachnąc kaszką.

Kalorie to kluski, kasze, ryży i na szczęście w ramach różnych darów i akcji posiadamy niemal dożywotni zapas tych produktów. Byle chciała jeść.

czwartek, 20 lipca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 114 - Walka o kalorie.

Byłam na wakacjach. Całe dziewięć dni. Oczywiście nie usprawiedliwia to blogowego milczenia, gdyż ostatni post wrzuciłam na początku czerwca, a z samych wakacji wróciłam już jakiś czas temu. Gdyby ktoś pytał, czy odpoczęłam, to tak - nawet niektórzy mówili, że wyglądam na wypoczętą. Przez dziewięć dni nie musiałam gotować ani zmywać. Wszystko podane pod nos i posprzątane ze mnie. Cudownie. Gdyby ktoś pytał, czy odpoczęłam od babci, oczywiście, że nie. Chyba na miesiąc musiałabym wyjechać. Ale było minęło. Babcia jakoś przeżyła moją nieobecność. 

Od dawna już zaczęła tracić na masie, czyli strasznie chudnąć, skóra wisieć na niej coraz bardziej zaczęła, szczególnie tam, gdzie do niedawna było jeszcze trochę tłuszczu, mięśni czy czego tam miała. Punktem krytycznym była zeszłotygodniowa środa, kiedy odmówiła wszelkiego spożywania pokarmów przez cały dzień, a nutridrinka zmieszanego z wodą wypiła zawrotną ilość 150 ml (przez całą dobę). Bo póki co wróciłyśmy do nutridrinków. Jeden dziennie. Do tego na dobry początek dnia kalorie w proszku. Rozrabiam tego 50 gramów z wodą, co daje na start prawie 200 kalorii, mieszam z kubusiem, czyli mam kolejne 50 kalorii. I tak kurna czytam te zawartości na opakowaniach i liczę te kalorie. Byle więcej. Praktycznie na wszystkim to zamieszczają, więc się zapoznaję. Z Ukrainy przywiozłam ichnią chałwę. To jest dopiero cudo. Sam tłuszcz i cukier. Nasi najlepsi przyjaciele (trzeci to sól). Że Ukraińska, to nie podają zawartości kalorii. Ale od czego są internety. Chałwa w 100 gramach zawiera prawie 470 kalorii. A do tego babcia ją uwielbia, więc nie ma problemu z przyswajaniem. Sama paszczę otwiera na dźwięk tegoż słowa. Bo nawet zaczęła znowu słyszeć, jak tak walecznie wpycham w nią te kalorie w towarzystwie cukrów, tłuszczy i soli.

Innym przebojem jest galaretka wieprzowa (czyli zimne nóżki, normalnie rzecz nazywając). Żelatyna i sól. Też super. I też chętnie wciąga. Kolejny smak dawnych czasów.

Przytachałam do tego dziś kaszki mleczno-ryżowe powyżej szóstego miesiąca. Miałyśmy kiedyś taki epizod w życiu, miałam wtedy z naście lat, i na potęgę je pożerałyśmy. Może babci będą dobrze się kojarzyć. Gdy byłam przy kasie, pani w Rossmannie zaproponowała mi kartę. Nawet się zainteresowałam. Ale obejmuje tylko dzieci do trzeciego roku życia. Szkoda...

U nas więc newerending story - raz dobrze, a raz nie.

piątek, 2 czerwca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 113 - Granice.

Okołofilmikowe zamieszanie skłania mnie do napisania jeszcze jednej refleksji, ale na temat nieco poboczny. Chodzi o granice obecności w internetach nas i przede wszystkim naszych bliskich. W szczególności obecności intymnej, która zostaje na wieki wieków, bo w internetach nic nie ginie, tylko jest rozpowszechniane.

Dbam o to, by nie naruszać intymności babci. Nie strzelam jej fotek w łazience lub gdy ma głupią minę. Czasem robię po kilka zdjęć i wybieram to najładniejsze. Babcia nigdy nie spotka się z szyderstwem i kpiną rówieśników, bo ci po prostu już nie żyją. Co najwyżej jeśli zdjęcia i filmy przetrwają dekady, jej potomkowie będą mogli zobaczyć, jak uroczą praprzodkinię mieli. Ponadto nikt babci (eh... niestety...) nie porwie. Gdyby wpadł na taki pomysł, raczej oddał by ją przed upływem 24 godzin. Nie poczuwam się zatem do jakiejkolwiek winy. Bo stawiam granice.

Takich granic nie stawiają jednak rodzice. I to, co by (słusznie!!!) oburzyło ludzi, gdybym umieściła zdjęcie babci w jakiejś kompromitującej sytuacji, nie oburza, gdy chodzi o dzieci. Pierwsze (i kolejne) siku na nocniku, nieudolne jedzenie, chodzenie i robienie mnóstwa innych (często dziwnych) czynności uważane jest za słodkie i rozkoszne. Oczywiście w oczach dorosłych. Rozpisywać się za bardzo nie będę. Oddam głos mama:Du - wystarczy kliknąć w poniższy tekst:



czwartek, 1 czerwca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 112 - O zgorszeniu.

Wiele lat temu byłam na tygodniowym wypoczynku rekolekcyjnym z osobami niepełnosprawnymi. To był chyba mój pierwszy pobyt. Byłam bardzo młoda. Byłam przejęta i jak to ja - cała w wydarzeniu nawet już po powrocie. Pewien mój znajomy, wiedząc, że spędziłam tydzień z niepełnosprawnymi, zaczął opowiadać o swoich doświadczeniach w tym temacie na jednym przykładzie. Opowiadał - w moim ówczesnym odczuciu - w sposób prześmiewczy i zupełnie nie na miejscu. Zgorszyłam się. Wspólne znajome próbowały mi to wytłumaczyć, że nie było to naśmiewanie się, ale mając pewne doświadczenie w tej materii, można pozwolić sobie na pewne uwagi. W ogóle nie potrafiłam tego ogarnąć i zgorszona byłam nadal.

A dziś? Dziś już to ogarniam. I gorszę innych.

Sytuacja I:

Jakiś czas temu. Siedzimy w gronie znajomych plus jedna pani, którą pierwszy raz na oczy widziałam, a ona mnie. O mojej sytuacji, że babcia i tak dalej, zupełnie niewiedząca. Toczy się rozmowa. Zeszła na babcię. Trochę opowiadam, m.in. jak kiedyś (gdy drzwi nie posiadały magicznego zamka) wyszła o 6 rano z domu, zamknęła za sobą drzwi od klatki, dzwoniła domofonem po wszystkich lokatorach, a niektórzy sąsiedzi chcieli wzywać policję. I komentuję, że nawet bym się nie przejęła tą policją, tylko kazałabym im z babcią rozmawiać, ciekawa, czy się dogadają. Jakoś ktoś pociągnął temat, pogalopowała mi wyobraźnia i pół żartem a pół jednak serio stwierdziłam, że nawet bym im oddała babcię, gdyby chcieli ją zabrać. A także że mogliby obie nas zabrać, byle umieścili w osobnych celach. I tyle, rozmowy toczyły się dalej. W ogóle nie czułam popełnienia jakiegoś nietaktu. Potem od znajomych się dowiedziałam, że owa pani się zgorszyła, że pozwoliłabym babcię zakuć. Hm.

Sytuacja II:

Zdumiałam ostatnio M., że mogłabym babcię na tydzień oddać na Zagorzynek, gdzie znajduje się fachowy ośrodek opieki nad takimi osobami. Oddałabym, żeby (o, zgrozo) jechać na wakacje, bo obecna logistyka (o, zgrozo) bywa (ekhm...) skomplikowana. Ale i tak nam taki ośrodek nie przysługuje, bo komuś kto jest w pracy (mam składki jak pracownik) 24 h na dobę przez cały tydzień nie przysługuje w roku ANI JEDEN DZIEŃ URLOPU. Według prawa nie mogę przestać opiekować się babcią ani przez chwilę. W naszej sytuacji trwa to od 4 lat i 5 miesięcy, czyli 1610 dni, czyli 38640 godzin. Normalny człowiek, który pracuje na etacie (40 godzin tygodniowo), taką normę wyrabia w ciągu 966 tygodni, czyli... przez prawie 18 i pół roku. Gdybym wyrabiając taką normę, nie dbała o siebie - o czas, przyjemności i wyjazdy, wylądowałabym u czubków, a babcia w jakimś państwowym ośrodku na końcu świata, gdzie mieliby ją w dupie i gdzie niechybnie szybko by umarła.

Sytuacja III:

Dziś Dzień Dziecka. Gdy powiedziałam o tym babci, cała się rozpromieniła. A gdy powiedziałam, że z tej okazji dostanie czekoladkę, zaczęła nawijać, że czekolada się należy. Była tak rozkoszna, że w swojej nieświadomości, iż właśnie krzywdzę babcię, nagrałam filmik z jej udziałem, gdy otrzymuje swój wymarzony prezent i cieszy się jak dziecko. Filmik wrzuciłam na Facebooka, o którym babcia nawet nie wie, że istniej (jej koleżanki mają przewagę, bo są w niebie, więc możliwe, że o fejsie wiedzą, ale z babci chyba się nie będą śmiały, jak się kiedyś spotkają i nie będą jej wypominać, że wpierdzielała czekoladę na oczach tak wielu ludzi). Filmik na fejsa wrzuciłam, bo na bloga nie da się przesłać. A na fesjie też mamy swoich fanów :). Wiecie, taki pozytywny akcent na Dzień Dziecka miał być. Ale zgorszyłam część opinii publicznej. Zgorszyłam naśmiewaniem się z chorej babci.

Cóż. Zajęło mi sporo czasu, by wreszcie zrozumieć sytuację sprzed lat, o której pisałam na początku. Ale już rozumiem. Bo niechcący robię to samo. Kluczem jednak jest jedno słowo - DYSTANS. Gdyby nie DYSTANS, który legł u fundamentów tegoż bloga, już dawno skoczyłabym z okna. Albo stałabym się totalnie zrujnowanym człowiekiem. A jednak lubię siebie, więc odwalam kawał ciężkiej roboty, żeby nie dostać pierdolca. A robota na rzecz babci to już swoją drogą

czwartek, 20 kwietnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 111 - O nieprzewidywalności.

Domofon.
- Kto to? - pyta babcia, SŁYSZĄC domofon.
- B. do ciebie.
- Facet do mnie?
- Tak.
- To może.

B. mówi babci, że jest rozrabiaka, na co babcia, że ona jest spokojna.

Gdy zostaje zaniesiona do łazienki, krzyczy:
- Nie dźwigaj mnie, nie dźwigaj mnie! - co zdecydowanie różni się od opętańczego "Aaaaa!!! Eeee!!!"

Pod prysznicem oczywiście nieustannie protestuje przeciw wszelkim zabiegom, pytając, czemu jej to robimy czy coś w tym stylu (nie zapamiętałam tego dokładnie, pochłonięta namydlaniem), więc:
- Bo cię kochamy.
- Ja nie chcę, żebyście mnie tak kochali.

Nie wiem, czy to uporczywe wlewanie w babcię płynów tak działa. Czy Kubuś czyni cuda. Czy wiosna. Czy to na śmierć idzie. Czy jeszcze coś innego. Ale mimo że nadal jest słaba fizycznie i samodzielnie się nie przemieszcza*, to odnotowujemy jakieś spięcia i przebłyski wśród neuronów. 

* Jakież było moje zdziwienie, kiedy po powrocie z wielkanocnego śniadania zastałam babcię siedzącą na mojej wersalce. WTF?
** Ostatnio dwa razy (tego samego ranka) położyła się na podłodze koło łóżka. Zawinięta w kołdrę.

Poniższe zdjęcie przedstawia babcię wpierdzielającą mazurka od Brudnej. Nawet mnie rozczula. Urocza, prawda? :)



wtorek, 11 kwietnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 110 - Nasze EDK, czyli o schizofrenii.

W momencie gdy wczoraj przy poście kliknęłam "Opublikuj", babcia zasłabła. Zasłabła tylko trochę i na wózku, więc - jak to mówią - pół biedy. W sumie za bardzo nie miałam kogo wezwać na pomoc, bo przesadzenie babci z wózka na wc przy jednoczesnym ściągnięciu spodni od piżamy i pieluchomajetk, w których mógł być armagedon, przekraczało moje zdolności. W obliczu wezwania ruszyłam pod drzwi sąsiadki, która jest pielęgniarką. Sąsiadka akurat w domu była, a że postawna z niej kobieta i z takimi sytuacjami obeznana, zatem wszystko poszło sprawnie.  Poza tym nie było armagedonu. Ale dostałam też garść informacji, że babcia jest osłabiona, blada i sucha, i powinna dostać kroplówki. Powinien babcię zobaczyć lekarz i może jakaś interna do tego by się przydała (że niby szpital).

Do szpitala babcia może iść po moim trupie. Żadna interna, która jest u nas jedną wielką patologią - nie dosyć, że babcię by tam wykończyli w przeciągu chwili, to jeszcze by ją sponiewierali. Jeśli w ogóle do domu by wróciła, to raczej w stanie już niewstawalnym, zapieluchowana i nie wiadomo co jeszcze. Żaden szpital zatem. Ale może jednak lekarz.

Zadzwoniłam do DD., bo to znajoma pielęgniarka. Kroplówki w razie czego można dawać w domu. O ile babcia pozwoli założyć sobie wenflon. Oczami wyobraźni już widziałam babcię spokojnie i bez protestów pozwalającą wbić sobie igłę i wenflon oraz kontemplującą spadające powoli krople. Taaa... Pewnym sposobem na dopojenie są także elektrolity. Brudna przytachała je wieczorem, żebym nie musiała babci zostawiać i biegać po aptekach. Przed chiwilą nawet zaczęły jej smakować, bo początki były trudne. Włącznie z tym, że na słowo "lekarstwo" zaczynała się krzywić i w bardzo światły sposób mówiła, że to będzie niedobre (i gdzie niby to zapominanie, kurna).

Lekarz zatem. Była 15.00. Lekarza już nie ma. Mogę czekać do 18.00 na wieczorynkę (która jest patologią równie wielką co interna) albo załatwić wizytę na następny dzień (czyli dziś). Babcia dochodziła do siebie w swoim łóżku, do którego dojechałyśmy naszym wozem (Bogu dzięki za ten sprzęt!). Postanowiłam czekać do dzisiaj.

Lekarka może nie była zbytnio zachwycona, ale zgodziła się przyjść. Osłuchała babcię, ziębiąc ją stetoskopem. Babcia żywo zaczęła protestować, wiercić się i drzeć ryja, więc ostatecznie musiałam trzymać ją za ręce, żeby badanie mogło być jako tako przeprowadzone, a sprzęt ocalony. Niechętnie, ale ciśnienie dała sobie zmierzyć (125/80). Lekarka ponadto z deka obejrzała babcię. I wydała werdykt, iż babcia wprawdzie jest trochę niedowodniona, ale tak w ogóle jest okazem zdrowia. Nie ma zaburzeń pracy serca, spuchniętych nóg i ma zajebiste ciśnienie. Żadne kroplówki nie są potrzebne, bo i tak zaraz kroplówkę by wysikała, a odwodnienie nie jest znaczne. 

Schizofrenię. Mam schizofrenię. Komu wierzyć. Fakt, wczoraj babcia nie była w najlepszym stanie, ale zawsze tak wygląda jak ją zetnie nawet mały nieżyt żołądka. Ale jako pielęgniarka przebywa z chorymi w różnym stanie i wczoraj była bardzo poważna. Mam schizofrenię.

EDK to Ekstremalna Droga Krzyżowa. Ludzie idą z buta ponad 40 km w nocy. Nawet w jakimś momencie miałam przebłysk, żeby iść, ale przemyślałam to na trzeźwo i odpuściłam. W sumie dobrze. EDK mam na co dzień. Wrażeń mi nie brakuje, więc nie mam co szukać. Same przychodzą.

Ogarniam to picie, ale idzie nam słabo. Od rana babcia wypiła dopiero jakieś 600 ml, a w ciągu doby powinna minimum 1,5 litra. Jak to zrobić. Nastawiać budzik, wstawać w nocy i wtedy też ją poić, żeby wyrobić normę?


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 109 - Dom starców.

Wiem, że u nas śmierdzi. Śmierdzi starością. Nawet jak się wywietrzy. Nawet jak babcia jest wykąpana. Sama już się przyzwyczaiłam, więc nie czuję. Chyba że babcia coś zasika i jedzie moczem. To po pierwsze.

Po drugie - od czterech lat mamy specjalne łóżko. Ale patrzę na nie raczej jak na fajny gadżet. Zabawkę, którą można się pobawić. Bo ma te swoje zarąbczaste przyciski.

Czasem jeszcze je sama (wczorajszy obiad niemal w całości zjadła bez mojej pomocy), czasem z pomocą. Zdarzało się, że karmienie było w trybie full exclusive. Jeśli jest to jajko na miękko to tę opcję mamy już w standardzie.

Dziś po raz pierwszy pojechałyśmy wózkiem do kuchni na obiad. Wózek wszędzie się mieści. Wszędzie nim przejadę w mieszkaniu. Idealnie pasuje do stołu. Drugie danie zjadła z pewnym wsparciem. Zupą ją nakarmiłam. Siedząc przy tym wózku. Trzymając pod brodą ściereczkę. Ocierając buzię co jakiś czas. I pakując w nią kolejne łyżki zupy. Po raz pierwszy poczułam się jakbym była w hospicjum*. Albo w domu starców. Czy czymś takim. Wózek. Ściereczka. Karmienie.

*No, dobra. W hospicjum nie czuć starością. Tam jest sterylnie i w ogóle nie jedzie chorobą i śmiercią (wiem, bo byłam - ale w sumie tylko w jednym - i to mnie bardzo zaskoczyło). Ale tam wszystko jest sprzątane na błysk i każdy pacjent jest myty z większą częstotliwością niż babcia. Chociaż w innych ośrodkach już z czymś takim się nie spotkałam. 





Bidonik z Akuku bardzo nam się sprawdza. Babcia może pić sama, jest w stanie bez problemu go utrzymać. Pije w różnych pozycjach, także w łóżku, i nie ma problemu, że poleje siebie i wszystko wokół. Muszę jej jeszcze kupić śliniak. Taki duży. Z kieszonką. Co się będzie jedzenie marnowało.

piątek, 7 kwietnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 108 - Ona ma siłę.

Wczoraj kąpaliśmy babcię. W pewnym momencie w trakcie rozbierania babcia tak ściskała ubrania, że zawołałam na pomoc Brudną, która w tym czasie przebierała babci pościel. Przez chwilę zatem w trzy dorosłe osoby rozbieraliśmy niską i chudziutką 92-latkę. Nie dało się inaczej. Odsiecz trzymała babcię pod ręce, żeby zachować pion, Brudna trzymała babcię za ręce, żeby nie czepiała się ubrań, a ja ściągałam spodnie i pieluchomajtki. Potem poszło już dużo lepiej, ale oczywiście nie obyło się bez donośnego krzyku i plucia wodą. Ostatecznie zafundowałam babci obcinanie paznokci, co zdecydowanie ukoiło jej zszargane kąpielą nerwy. Całość wzmogła także jej apetyt, który został zaspokojony.
Są zatem chwile, gdy nie brakuje jej siły. Ma jej nawet w nadmiarze. Dlatego dziś z tą sytuacją skojarzyła mi się piosenka, którą bardzo lubię. Anita Lipnica z Varius Manx śpiewa w refrenie:

Ona ma siłę
nie wiesz jak wielką...

Reszta piosenki też nawet pasuje do całokształtu:

Np.

Będzie spadać długo,
potem wstanie lekko.

[No bo wstaje jak Feniks z popiołów. Spada, spada w tę chorobę i nagle coś iskrzy]

Zanim powiesz jej, że
to był ostatni raz,
zanim dzień spłoszy srebrnego ptaka nocy –
rozkołysz, rozkołysz, rozkołysz jeszcze raz.

[W sumie nie ściemniam, że ostatni raz ją kąpaliśmy, ale noszenie ma w sobie coś z kołysania]

Zanim zrozumiesz, jak 
bardzo kochałeś ją,
zanim pobiegniesz kupić czerwone wino –
ona zapomni, zapomni już świat twych rąk.

[No, zapomni w przeciągu chwili...]

(...) zobaczysz, jak na drugim brzegu rzeki
spokojnie, spokojnie, spokojnie stoi z nim [z Nim]

Umierała długo,
teraz rodzi się lekko
nie dla Ciebie.

[Fakt, umiera długo, ale może właśnie teraz się rodzi i najpewniej nie dla mnie. A kiedyś nadejdzie dzień, że na drugim brzegu rzeki zobaczę jak spokojnie, spokojnie, spokojnie...]




czwartek, 6 kwietnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 107 - Nie nadążysz.

Czy ja chwilę temu napisałam, że babcia w ciągu dnia nie zawodzi? Hmm... Odwołuję.
Wyła przed śniadaniem. I teraz też. Nie za głośno, ale jednak*.

Śniadanie też było specyficzne, okraszone rozmową na temat gęstości.
Otóż śniadanie zjadła sama. Sama jakoś wymacywała kolejne kawałki chleba na talerzu, więc ja mogłam zmywać bez konieczności wycierania co chwilę rąk i podawania jej kolejnej porcji jedzenia. Problem zaistniał przy ostatnim kawałku (w sumie jeden samiuśki kawałek nie tak łatwo znaleźć na talerzu). Babcia nie trafiła na niego od razu, więc zaczęła szukać go dalej, coraz dalej od talerza, ręką wędrując w stronę okna. Kojarzy ktoś takie maszyny, gdzie można było "złowić" maskotkę, tylko trzeba ją było złapać takimi szczypcami? No to się zabawiłyśmy. Babcia zatem maca parapet, na co ja, stojąc przy zlewie i mając trochę radości, mówię, że w drugą stronę. Ręka babci posłusznie zmieniła kierunek, ale wisiała kilka centymetrów nad talerzem. Kazałam więc ją opuścić i ręka wylądowała centralnie na chlebie z dżemem jabłkowym. Bez obaw. Wylizywanie palców z dżemu babcia ma opanowane do perfekcji.

Więcej kanapek już nie chciała. Ale ciasteczko to już tak. Skoro mamy zwyżkę, postanowiłam drążyć temat i wypytać, dlaczego nie chce już chleba.

- Bo jest gęsty.
- A ciasteczko nie?
- Nie. Jest rzadkie. I słodkie.

* Nim skończyłam pisać, zamilkła i zasnęła. Albo na odwrót.

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 106 - Do księżyca?

Wczoraj darła się od 4.15. Zignorowałam. Potem dała jeszcze koncert o 6.00 i po 7.00. Wstałam dopiero ok. 7.30. Miałam lekki niedosen.
Dziś był postęp. Wprawdzie wyła znów ok. 4.15 i to tak, że ruszyłam dupę o 4.25 (tak, dla rozrywki sprawdzam, o której godzinie się drze, żeby móc podawać tutaj dokładne dane), dałam jej pić. Dudliła tak, że końca nie było widać. Ale potem już ani razu nawet nie pisnęła. Cudownie.
W dzień, nawet jak nie śpi, to jest ciuchuteńka jak myszka. Zawodzi późnym wieczorem, gdy mam zamiar zasnąć, i nad ranem. Może w nocy też krzyczy, tylko śpię na tyle mocno, że jej nie słyszę? Intrygujące to nieco.
Wczoraj usłyszała, że weszłam do mieszkania. Pierwszy raz od 3 miesięcy zarejestrowała ten fakt. I jeszcze mnie wnikliwie odpytała z tego, gdzie byłam ;). 

Wózek już stoi w jej pokoju. W razie potrzeby będzie pod ręką.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 105 - Nogi mi zginęły.

Wyła chyba od 4.00. Może nieco wcześniej. Próbowałam ją ignorować przez jakieś 15-20 minut. Decybele były jednak na tyle silne, że nie pomogły nawet zamknięte drzwi. Wreszcie się ruszyłam. Mogła przecież leżeć pod łóżkiem. Albo unieruchomić się za pomocą kołdry. Nic takiego nie miało miejsca. Leżała spokojnie. Tylko zawodziła. Tak po prostu. Nawet wykrzesałam z siebie jakieś pokłady nieludzkiej cierpliwości i uspokoiłam ją. I to bez użycia agresji słownej, z czego jestem dumna. Bo agresji słownej i tak nigdy nie słyszy, więc nie pomaga.

Wózek jeszcze nie został przeprowadzony, ale mamy za sobą dwa całkiem dobre dni. Bez prób siadania w połowie drogi. Za to ze słyszeniem tego, czego nie powinna słyszeć* oraz dwukrotnym usłyszeniem dziś dźwięku domofonu. Poza tym nawet przez te dwa dni jest dość komunikatywna i odpowiada nie tylko na "Pić, PIIIIĆ, CHCESZ PIIIIIĆ?!!!!" Nie, nie cieszę się z wyjścia z regresu. Nie mam złudzeń. Ale cieszę się z dwóch dobrych dni.

A zaczęło się od tytułowego "Nogi mi zginęły", które wybrzmiało 1 kwietnia i bardzo mnie rozbawiło, bo sama lepiej nie określiłabym tego babci coraz gorszego chodzenia.

Naprawdę można cieszyć się z małych rzeczy. Ze zjedzonego posiłku. Z braku konieczności ciągnięcia jej na własnych ramionach do kuchni. Z chwil pewnej świadomości. Albo że wyje dopiero od 6.00, bo przecież mogłaby od 4.00 (jak zrobiła dzisiaj) ;).

*Babcia jest głucha. Jak pytam, czy chce pić, to niekiedy muszę się drzeć jej do ucha. Ale być może jest to ściema. Bo gadam ostatnio z Brudną przez telefon, nie za głośno, babcia człapie ze mną z kuchni do pokoju, ale jednak na odległość rąk, bo sobie radziła. Mówię Brudnej, że muszę przestać babci dawać czekoladę, bo to jej nie służy, na co - gdy skończyłam mówić - babcia zaczęła dopominać się czekolady. Taaa... Głucha, kurna ;).




piątek, 31 marca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 104 - Chocolate choco choco 2

Ranek. Dokładnie 6.51. Babcia z głośnym wołaniem domaga się czekoladki. Jeszcze mamy. Zatem wygrzebuję się spod kołdry i zaspokajam nagłą babciną potrzebę. Powtórka następuje jeszcze o 6.59 i chwilę po siódmej. Gdy domaga się czwartej porcji, ignoruję, bo jednak są granice. Po chwili i tak się uspokaja.

Wczoraj z odsieczą wykąpaliśmy babcię. Bo odsieczy chyba spodobało się naginanie z nagą babcią po mieszkaniu. Wszystko oczywiście kulturalnie i bez uszczerbku dla jej zdrowia. Choć nie obyło się bez wrzasków, krzyków i protestów. Babcia nie cierpi być noszona przez kogokolwiek i w jakichkolwiek okolicznościach. Niestety nie da się inaczej. Powoli (no dobra, nie tak powoli...) problem z przemieszczaniem się ulega pogłębieniu. Zapierdalamy w dół niczym na torze saneczkarskim. Na obiad niemal nie dotarła do stołu. Zaczęła mi siadać na własnych nogach. Jakoś ją szarpnęłam, bo na szczęście do stołu był krok. Ale można było popłakać się z bezsilności. Chociaż waży ok. 40 kg. Ja 47 kg. Mam więc przewagę. Po obiedzie wróciła do swojego pokoju bez większych problemów.

Na kolację niemal doniosłyśmy z Brudną babcię do kuchni. Droga powrotna była minimalnie lepsza.

Brudna wpadła na pomysł, by przytachać wózek inwalidzki, który mamy w piwnicy. Chyba to będzie najlepsze rozwiązanie. Mimo wszystko chcę, żeby babcia opuszczała swój pokój. Poza tym karmienie przy stole jest o wiele łatwiejsze niż wykonywanie tej czynności w łóżku. Zwłaszcza tak, żeby nie upierdzielić wszystkiego dookoła.

Mamy zatem jazdę bez trzymanki. Tylko nie wiemy, po jakim torze jedziemy i w którym momencie się skończy.

poniedziałek, 27 marca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 103 - Chocolate choco choco.

5.52. Czyli dość wcześnie. Ze snu wyrywa mnie donośne wołanie "Obiecałaś mi czekoladkę, obiecałaś mi czekoladkę...!" Bogu dzięki pod ręką mam pół tabliczki gorzkiej czekolady. Daję babci kostkę. Układam na poduszce i przykrywam kołdrą, bo kołdrę miała pod sobą, a nogi na poduszce. Mymła czekoladę z zadowoleniem. Mymłając, pyta, czy dostanie jeszcze kostkę. Idę, chcę ją uraczyć, ale cóż...

- Nie teraz. Jak tą zjem.

No ok. Wracam do pokoju, odkładam kostkę czekolady, pakuję się pod kołdrę, po czym babcia informuje mnie, że teraz już może zjeść następną czekoladkę. Idę. Daję. Włażę pod kołdrę. Po chwili babcia pyta, czy dostanie jeszcze jedną. Pytanie oczywiście jest donośne i trwa, dopóki babcia nie poczuje w ustach smaku czekoladki. Oznajmia na szczęście, że teraz już może spać. I rzeczywiście na trzeciej się skończyło.

Miała przebłysk świadomości.

Ale żeby nie było tak radośnie. Kilka dni temu zaliczyłyśmy akcję z prawie wzywaniem pogotowia, gdyż przez pierwsze minuty wyglądało, jakby babcia dostała udaru, do czego jednak nie doszło, ale prawdopodobnie chwilowe niedokrwienie było. W sumie już nie pierwsze. Obeszło się więc bez pogotowia. Była jednak potrzebna odsiecz w celu pozbierania i ogarnięcia jej. Odsiecz przybyła w kilka minut i udało się doprowadzić babcię do pierwotnego stanu.

Poniżej prezentujemy najnowszy nabytek, czyli uroczy bidonik z Akuku ;-)



piątek, 3 marca 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 102 - Przez nurty życia rzeki

Czytam. Czasem wracam do starszych postów i czytam. Po części z samouwielbienia dla własnej twórczości, po części, by zobaczyć, jak było jeszcze tak niedawno. Płyniemy z nurtem. Ale jeszcze się nie utopiłyśmy. Choć zmienia się to wszystko.

Na przykład ksiądz. Od lat babcia jest pod stałą domową opieką duszpasterską, którą kiedyś sam znajomy ksiądz zaproponował. I tak zostało. W ciągu tych nie wiem ilu już lat babcia przeszła przez ręce sześciu księży. Wiadomo, gdy była bardziej świadoma, to i pogadała z nimi i pożartowała. Ponadto nawet najbardziej wytrwali jej nie podołali - przeżyła. Trzeba bowiem wiedzieć, iż niektórzy mieli naprawdę dobrą rękę i pod ich opieką staruszkowie, dożywszy swych lat, spokojnie odchodzili do Ojca Niebieskiego niemal gromadnie. Do babci nikt nie ma ręki. Ale za to na wyżyny cierpliwości, wyrozumiałości i ogarnięcia wspinać się musi obecny babciny ksiądz. Bo łatwo nie jest. Miesiąc temu wspólnie z księdzem nawijałam, krzycząc odpowiednie kwestie do babcinego ucha. Nawet wykazywała pewną współpracę, wypowiadając jedną czy drugą formułkę. Dziś też udało mi się z nią przejść do pokoju, ale z racji, że od dwóch godzin trawiła obiad, to była na wyższym poziomie nieświadomości. Zaraz po tym, jak usiadła na krześle, zasnęła i w takim stanie czekałyśmy na księdza. Opłukałam więc ręce w zimnej wodzie, wytarłam i chłodnymi dłońmi dotknęłam jej twarzy. Wywołało to tylko pełen oburzenia protest. Zaprzestałam czynności. Przykryłam jej nogi kocem i uchyliłam okno, licząc na cud świeżego powietrza. Okno było otwarte do końca pierwszopiątkowych odwiedzin. Dziś darowaliśmy sobie krzyczenie do niej, ale Komunię przyjęła. Ksiądz poszedł, a ja zostałam z babcią śpiącą na krześle. Praktycznie bezwładną i nieskorą do współpracy. Zostawienie jej na krześle nie wchodziło jednak w grę. Przy dźwiękach protestów przesunęłam ją z krzesłem do mojej wersalki, przesadziłam, położyłam. Pod głowę dostała własną poduszką i przykryta została własną kołdrą. Po 20 minutach od wizyty ocknęła się na chwilę i mówi:

- Niedługo ksiądz przyjdzie.
- Tak. - potwierdzam, bo co mam zrobić.
- Może przyjść?
- Może.

Temat księdza się przebił.

Za to przed obiadem przewalała się na łóżku na wszystkie strony.

A przed śniadaniem sama wyszła z pokoju i poszła do kuchni. Szłam za nią niczym Anioł Stróż. Wprawdzie chciała iść do łazienki, o czym mnie poinformowała, ale i tak nieźle, zważywszy, że tego wyczynu dokonała pierwszy raz od dwóch miesięcy.

Jak widać, sama dba, by nie dostać odleżyn :)



czwartek, 16 lutego 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 101 - Żeby życie miało smaczek...

Szkoda. Szkoda, że na wczorajszym spotkaniu dla opiekunów faktycznych było sześć osób spośród 15 znajdujących się na liście. Z drugiej strony może jednak dobrze.
Byłam na ostatnią chwilę. Najpierw czułam się trochę jak u Kafki, prowadzona długimi białymi korytarzami (swoją drogą po szkoleniu mieliśmy małe problemy, żeby się stamtąd wydostać). Najpierw było spotkanie z pielęgniarką oddziałową, zatem dostaliśmy garść praktycznych informacji dotyczących opieki nad podopiecznym oraz zostaliśmy uzbrojeni w wiedzę, jakie jednostki są zobowiązane do ewentualnej pomocy opiekunom, w jakich sytuacjach oraz co trzeba zrobić, żeby to załatwić. Z rehabilitantką też było super - znów dużo praktycznych treści i podpowiedzi, np. jak dostosować mieszkanie do potrzeb chorego za pomocą Biedronki i odrobiny myślenia. Nie zabrakło też podpowiedzi dotyczących podnoszenia, przesadzania itd., by nie uszkodzić podopiecznego i zadbać o zdrowie własne. Podczas obu części szkolenia można było pytać o wszystko, było kontaktowo i miło.
Chocki klocki zaczęły się w części trzeciej. Spotkanie było z panią psycholog. Też była miła. Też można było pytać. Było momentami nudnawo, gdy czytała treści ze slajdów, ale to akurat nie był największy problem. Trochę fajnych treści też było - temu nie mogę zaprzeczyć. Temat dotyczył stresu opiekuna i sposobów radzenia sobie w takich sytuacjach. I tu zaczął się cyrk. Dostaliśmy jeden wielki misz masz, zakończony jakże obrazową puentą, że "wszystkie chwyty są dozwolone, byle pomogły w walce ze stresem". Uspokajać zatem możemy się przez jogę, medytację, słuchanie swojego oddechu i wsłuchiwanie się w przepływ energii, hipnozę i autohipnozę (których psycholożka jest wielką fanką), tajczi czy inne takie, modlitwę, taniec, śpiew. Co kto lubi. Do wyboru, do koloru. Pani podała jakiś tam tytuł książki, po którą można sięgnąć, i nazwisko jakiegoś tam chińskiego autora. Ba, pani nie tylko przekazała nam praktyczne techniki relaksacji, ale dostaliśmy te pierdoły wydrukowane czarno na białym. Tylko korzystać. Jeny. Czy te gówna są już wszędzie? Czy nie da się inaczej? Moja dość nikła wiedza w tym temacie wystarcza mi na tyle, by trzymać się od tego syfu z daleka, a z peletonu informacji zostawić sobie wyłącznie dobre i bezpieczne. Panie jednak zapisały sobie tytuł książki i autora. Szkoda. Dlatego może dobrze, że te dziewięć osób uniknęło spotkania z panią parapsycholog.

Ogólne wrażenia (biorąc pod uwagę wszystkie trzy części spotkania) niezłe, ale niesmak pozostał. Szkoda.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 100 - Nie samym Alzheimerem opiekun żyje

Nie piszę. Wiem. Działo się i nie działo. Babcia przeżyła Andrzejki, podczas których chlapnęła wiśniówkę. Przeżyła też swoje 92. urodziny, budząc się tylko na przyjmowanie prezentów (a budziła się zanim kolejny gość stanął u drzwi, takiego miała nosa) i robiąc potem jeszcze wielkie wejście w trakcie piosenki Lady Pank i tańcząc ze mną do słów "Ile wart jest bez ciebie, ile wart jest mój świat i jak trudno uwierzyć w najprostsze słowa dwa". Nawet to trochę wzruszające było. Potem jeszcze przeżyła Sylwestra, którego w całości przespała.

Niemal od początku stycznia mamy trwającą zniżkę. Choć i tak teraz jest nieźle. Zjada trochę więcej niż przez pierwszy tydzień zjazdu. Sytuacja jest zatem stabilna. Dzień polega na spaniu i spożywaniu dwóch posiłków dziennie. Ostatnio nawet dwa razy wstała i wyszła samodzielnie z pokoju. Bo generalnie stanięcie przy własnym łóżku to dla niej maksimum możliwości. Plusy są takie, że w domu panuje cisza i spokój. Choć przy posiłkach muszę ją pilnować, bo zapomina jeść i nie widzi tego, co ma na talerzu. Dziś też po dłuższej przerwie ją wykąpałam, więc włączając do tego śniadanie zjedzone w kuchni, to padła wycieńczona ze zmęczenia. Raczej do wieczora się nie ocknie.

Ale. Powinnam zatem mieć wiele czasu na pisanie. A tu głucha cisza. Cóż. Nie samym Alzheimerem żyję. Wykończyłabym się, gdyby mój świat sprowadzał się tylko do tego. Wbrew wzruszającym słowom piosenki Lady Pank, mój świat bez babci też jest coś wart. Nawet bardzo wiele. Żyję pasjami. Tymi mniejszymi (jak puzzle, do których wróciłam po latach świetlnych przerwy, i książki) i tymi większymi (jak m.in radio, czy już teraz - radia dwa).

Życie zatem toczy się swoim rytmem, którego nie do końca wyznacznikiem jest Alzheimer. Na szczęście.

Ale po raz drugi. Dostaliśmy z opieki społecznej propozycję nie do odrzucenia. Nie dlatego, że przymus, ale dlatego że taka fajna. Wystartował dwuletni projekt unijny skierowany do opiekunów faktycznych - będą warsztaty, grupa wsparcia i możliwość przynajmniej na chwilę uwolnienia się od podopiecznego. To lubimy. Wiem, że zabrzmi to egoistycznie, ale projekt, w którym opiekun faktyczny jest w centrum zainteresowania, uważam za rewelacyjny. Nie podopieczny, ale opiekun właśnie. Bo, sorry, babcia (na szczęście) nie odczuwa zbytnio ciężaru naszej sytuacji. Ten ciężar spoczywa właśnie na opiekunie i to dla niego jest skierowany projekt. No chwycili za serce. Startujemy w najbliższą środę. Wprawdzie nie samym Alzheimerem żyję, ale jednak pewną część życia on stanowi.