Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

wtorek, 16 stycznia 2018

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 137 - Wyższy level.

Przeżyłyśmy święta i przejście w Nowy Rok. Bez spektakularnych akcji, bez większych zniżek czy zwyżek. Wreszcie przestałam kaszleć jak gruźlik, a babcia na szczęście nie rozkaszlała się poważnie, bo jakieś pokasływanie też się u niej przewinęło.

W sobotę nawiedził nas ortopeda. Obejrzał zdjęcie, stwierdził, że szkoda, że tylko jednak projekcja, bo by się dwie przydały (skądże to wiedzieć...), ale na podstawie tego, co było 18 grudnia, czyli wtedy, kiedy zdjęcie było robione, wygląda to nieźle. Złamanie było bez przemieszczenia i chyba zaczęło się zrastać. Mamy z babcią robić wszystko do granicy bólu. Sadzać, pionizować, chodzić z nią...

Z tym chodzeniem to trochę klapa, bo jednak są przykurcze, ale będzie można z nimi teraz sprawniej walczyć, bo przesadzamy babcię na wózek. I to jest najlepsza zmiana, jaka mogła się trafić. Z przyczyn wszelkich. Koniec jedzenia pieczywa w łóżku, więc skończyły się walające się po prześcieradle kruszyny. Łatwiej też ogarnąć wyro, zmienić pościel itd., kiedy jej w tym wyrze nie ma. Poza tym w związku z tym, iż babcia zjada posiłki bardzo (BARDZO) wolno, nie muszę kwitnąć u niej w pokoju. Wczoraj jadła śniadanie u mnie w pokoju, a ja w tym czasie... układałam puzzle. W czasie przeżuwania przez nią kawałka chleba mogę zrobić naprawdę sporo. Ten system sprawia, że nie rośnie mi ciśnienie podczas jej posiłków. Naprawdę nie grzeszę cierpliwością.

Kilka dni temu odstawiłam tramal. Żeby jednak dać odetchnąć żołądkowi. By zaczęła lepiej jeść. Z piciem jest naprawdę nieźle, ale ciągle chudnie. Orto zalecił Apetizer, o którym też już myślałam, więc może to da radę.

Reasumując - opuściłyśmy łóżko.

czwartek, 21 grudnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 136 - Przedświąteczne ożywienie.

Może to sprawa niedawnej wycieczki. Albo tego, że przechodzi z pozycji horyzontalnej do wertykalnej. Bo ją sadzam już na łóżku. Nogi każę spuszczać na dół. A co tam. Skoro siedziała w drodze na rtg, to w domu też może. Więc nie wiem. Ale jakoś mózg zaczął jej lepiej (choć przez chwilę) pracować.

Wracam z siatami z zakupów, ciągnąc ze sobą mokry parasol, bo pogoda dziś paskudna. Wchodzę do domu i witam się:

- Dzień dobry, pani - tak, tak się witałyśmy też na długo przed historią z Alzheimerem; po prostu sobie czasem "paniowałyśmy".
- Dzień dobry. Chciałam pić, wołałam, ale się nie doczekałam.
- Nie było mnie. - wyjaśniam.
- A gdzie byłaś?
- Na zakupach.
- W dupie, a nie na zakupach.

Cóż.

Potem, gdy chciałam ją posadzić, to mnie łaskotała.

Na śniadanie dostała chleb z czekoladą (wiem, wiem, nie powinna...). Chleb się trochę łamał i chciałam go złapać, żeby czekoladą nie zapaćkała całego wyra i siebie. W odwecie zaczęła nim machać, żebym jej go nie zabrała. Na szczęście udało się powstrzymać czekoladową katastrofę.

- Ułamał się. - tłumaczę skwapliwie własne działania.
- Ułamał się, ułamał, ułamał - odpowiada nawet nie z odrobiną, ale z całą mocą ironii w głosie.

Chyba jej lepiej.

Niedługo przyjdzie Andrzej.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 135 - Są wartości nieprzemijające. Na przykład mężczyźni.

Tak, w życiu kobiety wartością nieprzemijającą i uniwersalną jest mężczyzna. Niezależnie od wieku tejże kobiety.

Dlatego, gdy na horyzoncie pojawia się T., babcia przejawia większy apetyt. Na jedzenie. Po prostu w jego obecności zjada więcej. I dlatego, gdy on trzyma jej butelkę, jakoś jest w stanie więcej wypić, cokolwiek w niej się znajduje. Nawet jeśli jest to kaszka. I z zastrzykami też idzie wtedy gładko.

Dlatego, gdy przychodzi wolontariusz Andrzej, to babcia przechodzi ze stanu niemal wegetatywnego do całkiem żwawej babki, która opowiada niestworzone historie, w tym o dziadku Janie, który był kowalem.

Dlatego, gdy przyjechali dziś po babcię ratownicy (bardzo młodzi i przystojni), bez trudu ubrali ją w kurtkę i czerwoną czapkę z pomponem i - jak sami twierdzą - zrobienie zdjęcia rtg poszło sprawnie i bez problemu. W tym czasie zmieniłam jej prześcieradło i wywietrzyłam maksymalnie pokój. Potem babcia miała bardzo dobry humor. W sumie się nie dziwię. I powodem na pewno nie było czyste prześcieradło i czyste powietrze w pokoju.

Może wystarczyłoby, żeby babci faceta przepisać na receptę?

Poza tym atmosfera szpitalna rozszerzyła się na wszystkich domowników.

Babcia ma złamane biodro. To wiadomo.
Kot od tygodnia ma przetrąconą łapę, ale kuleje już znacznie mniej. Prawie w ogóle teraz.
Mnie pokonało paskudne przeziębienie, ale - skoro piszę - oznacza to, iż jest już lepiej. Chociaż nadal kaszlę niczym rasowy palacz. Nie ma jednak tego złego. Przez pięć lat, gdy dopadło mnie przeziębienie, sama musiałam robić sobie herbatę. A do tego biegać do babci i kota. Teraz T. robił herbatę. I biegał do babci i kota.

Tak, to jest potwierdzenie tezy postawionej na początku tegoż hołubiącego mężczyzn wpisu.


Babcia w fazie startowej przed przyjazdem transportu medycznego.

sobota, 9 grudnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 134 - Przemoc domowa.

Babci mentalnie się pogarsza. Bardzo nawet. Zrobienie zastrzyku, przebranie pampersa czy wykąpanie okupione jest krzykiem i groźbami w stylu "bo cię ugryzę!". Żeby jeszcze zatrzymywała się na groźbach. A gdzie tam! Gryzie, wbija paznokcie w skórę wroga, drapie, wali na oślep z klaskacza lub wręcz napieprza nas pięściami. A siły to ona ma sporo. Wkurza ją jeszcze, jak czasem trzyma jej ktoś butelkę z piciem. Co jednak trzeba robić, bo występuje paradoks - drze się, że chce jej się pić, a butelkę trzyma w taki sposób, że jedynie smoczka pociamkać może, ale się nie napije. Albo chce schować butelkę pod kołdrę, co ewidentnie spowoduje katastrofę, więc trzeba jej tę butelkę wyrwać, a ma ją zakleszczoną tak mocno w swoich rękach, że do najłatwiejszych czynności to nie należy.

Walczymy zatem, a walka zaczyna być iście na pięści. Dobrze że zima. Jak będę miała siniaki na ciele, to przynajmniej spod tych warstw ubrań nie będzie widać. Twarz trzymam z dal od niej, ale w sumie nie zna się dnia ani godziny. Może kask sobie kupię. Taki jak hokeiści mają. I ubranie ochronne. Się dzieje. Szczególnie, że 18 września pojedziemy na zdjęcie rtg biodra. Będę mogła być przy babci, trzymać ją za rączkę, głaskać i uspokajać. Nie wiem, jak to się skończy. Dla mnie. Może wezmę tonę czekolady. Babcia lubi. Potem najwyżej przez miesiąc się nie wypróżni, ale chociaż da sobie zdjęcie zrobić, jak będzie dobrze przysposobiona.

Pojawił się pomysł, żeby wozić babcię na rehabilitację. Wtedy tłukłaby kogoś innego. Ale to musiałby zarządzić ortopeda, który najpierw musiałby zobaczyć zdjęcie. Więc - jak Bóg da.


czwartek, 30 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 133 - Więcej szczęścia.

We wtorek miałam w planie iść wcześniej spać. Ale o 23.00 i 23.13 ktoś napieprzał do nas domofonem. Wcześniej, później i pomiędzy babcia się darła. Nastawiłam więc budzik, naćpałam babcię solidną dawką tramalu, zamknęłam drzwi od swojego pokoju i poszłam spać. Obudził mnie kot. W środku nocy - jak mniemałam, bo przecież budzik nastawiony na 4.00 jeszcze nie dzwonił. Wywaliłam sierściucha na klatkę. Z ciekawości zerknęłam na telefon. Połączenie od T., smsy... Patrzę na godzinę. 6.27 nieco mnie zszokowała. Budzik musiałam wyłączyć, dobijanie się do mnie za pośrednictwem telefonu niewiele mogło zdziałać, bo na noc go wyciszam. Domofon też już nie miał szans, skoro zabarykadowałam się w pokoju. Nie ma jednak tego złego. Do poradni dotarłam na 7.14. Okazało się, że internety kłamią i rejestracja jest od 7.30. Nie było dzikich tłumów. Nikogo nie było. Ostatecznie mamy termin na 31 stycznia, bo wprawdzie zapisy były od środy, ale wyprzedzili nas pacjenci, którzy już mieli za sobą jakąś wizytę. Pani w rejestracji powiedziała, by jednak zapytać lekarza, czy nas wcześniej nie przygarnie. W tym celu odbyłam po kilku godzinach ponowną wędrówkę do poradni. Nie, nie przygarnie nas wcześniej, o czym poinformował mnie w delikatnie rzecz ujmując, mało miły sposób. By wyleczyć wkurw po tym krótkim, acz intensywnym spotkaniu, zrobiłam sobie gorącą czekoladę i zeżarłam słodką babeczkę. 

A potem zadzwoniłam do NFZ. Tak, zadzwoniłam do Narodowego Funduszu Zdrowia. Nie wiedziałam, że tak można. A można. Chociaż bardzo sceptycznie podeszłam do tego pomysłu. Bo niby co za interes miałby NFZ w tym, by znaleźć nam wcześniejszy termin wizyty u ortopedy. Byłam przekonana, że znów okażę się intruzem, problemem i inne takie. Ale zadzwoniłam. I bardzo dobrze. Odebrała BARDZO miła kobieta. Powiedziała, że sprawę przekaże koledze i się ze mną skontaktują. I skontaktowali. Zadzwonił BARDZO miły pan. Wysłuchał cierpliwie w czym rzecz i podpowiedział, jak ogarnąć w sensowny sposób całą akcję. Zaczniemy więc jednak od skierowania na samo zdjęcie i zlecenia na przewóz karetką w celu tegoż zdjęcia zrobienia. Bo można tak. Jak już będziemy miały zdjęcie, to w razie potrzeby pan z NFZ pomoże nam znaleźć poradnię z wcześniejszym terminem konsultacji. No bajka. Jest nadzieja, że to wszystko jakoś da się zorganizować.

Zadziwił mnie ten NFZ. Doprawdy.

wtorek, 28 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 132 - Jak dzwonić do poradni ortopedycznej.

Babcia nadal sama dopomina się o picie. Szczególnie nocami. Ale da się to przetrwać. Cień współpracy w ćwiczeniach nieco się oddalił, ale liczę, że wróci.

W niedziele mieliśmy wychodne z T. Na imprezę. Imieninową. Babcia na ponad 3 godziny została pod opieką. Kiedy po 21.00 wychodziliśmy, mówię do T. "Chodź, trzeba jeszcze babcię przewinąć". Takie klimaty.

Odwiedziłam wczoraj szpital. W celu zapisania babci do poradni ortopedycznej. Wzięłam numerek i ponad pół godziny czekałam do rejestracji. Kiedy przyszła kolej na mnie, pani bez słowa wzięła ode mnie skierowanie otagowane #bardzoniewiarygodniepilnasprawa i pokazała drugiej pani, po czym wróciła, oddała mi świstek i kazała jechać bezpośrednio na ortopedię. Tam od czekającej gawiedzi dowiedziałam się, że z rejestracji odsyłają do lekarza, a lekarz odsyła... też, bo nie ma limitów na ten rok. Zrezygnowałam więc z robienia z siebie idiotki i wróciłam do domu. W domu odpaliłam na kompie listę poradni ortopedycznych i zaczęłam dzwonić. W pierwszym miejscu dostałam się do kolejki oczekujących na połączenie z konsultantem, czyli rejestracją. Byłam 14. Czas oczekiwania - 5 minut. Włączyłam więc na głośnomówiący. Czekając, siedziałam na fejsie, czytałam Pani Bukowej "Wielki ogarniacz życia", piłam kawę i żarłam czekoladę. Dzwonienie po poradniach może być nawet przyjemne, jeśli odpowiednio się do tego podejdzie. Co jakiś czas głos w słuchawce informował mnie, która w danym momencie jestem w kolejce i jaki jest przewidywany czas oczekiwania. Gdy byłam 11, czas oczekiwania wynosił 1 minutę. Zaczęłam się zastanawiać, czy jak będę 9, to będzie to -1 minuta. A tu niespodzianka. Kiedy wskoczyłam na 9. miejsce w kolejce, czas oczekiwania wynosił 11 minut. Zakrzywienie czasoprzestrzeni na poziomie zaawansowanym. Doczekałam się jednak połączenia i dowiedziałam się, że zapisy na przyszły rok dopiero będą startować. Jest to nawet dobra wiadomość, zważywszy, że w pozostałych miejscach (o ile udało się do nich dodzwonić) terminy do ortopedy są na luty lub marzec. Mamy więc plan działania. T. w środku nocy zawiezie mnie pod poradnię, bym mogła tam koczować do jej otwarcia. Gdyby jednak nikt inny na to nie wpadł, przechowam się w pobliskim supermarkecie całodobowym i będę udawała, że robię zakupy. Podejrzewam jednak, że to może być taka czarna środa. Gorzej niż w galeriach, bo mimo wszystko chodzi o sprawy życia i śmierci. Ciekawe. Będzie relacja. Żebym tylko wstała...

Tego całego syfu z załatwianiem ortopedy przez NFZ można by uniknąć. Można by wziąć prywatną wizytę do domu (wiem, wiem, ortopedzi nie bardzo się do tego kwapią, ale niekiedy przydają się znajomi znajomych). Żeby jednak ta wizyta miała sens, musi być zdjęcie biodra. Samo w sobie też nie jest problemem. Niedaleko od nas można je zrobić. Też prywatnie. Za 50 zł. Zważywszy, że oszczędzamy na rehabilitacji, to nie byłby problem. Problemem jest TRANSPORT. Na wizytę w poradni pojedziemy karetką i wrócimy karetką. Na zdjęcie, które chciałabym wykonać prywatnie, nikt nas nie zawiezie. Trzeba by kombinować samemu. A nie wiadomo, co w tym biodrze siedzi i na ile babcię można wieźć zwykłym samochodem. Trzeba zatem walczyć o wizytę w poradni. 

sobota, 25 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 131 - Poza schematem.

Walka trwa. O jedzenie - z tym jest różnie. O picie - też. Piąty dzień przeżywamy cień współpracy w boju z przykurczami. Babcia nawet mnie słucha i naprawdę daje z siebie tyle, na ile potworny ból i Alzheimer pozwalają. Bo ostatecznie jednak odpowiedzialność za rehabilitację spada na mnie. Z babcią jest jak z kołem fortuny. W czwartek przyjechał rehabilitant, pobył u nas 15 minut, ale babcia nie zamierzała ćwiczyć. Zbuntowała się na całego i tyle. Jedyny plus, że facet uczciwy i kasy nie wziął.

Ale ćwiczymy. Babcia przy każdym rozprostowaniu krzyczy lub płacze, więc po zgięciu nóg popija sok. W końcu zdziera gardło. Ja zdzieram gardło, próbując przekrzyczeć jej krzyk i nieco ją uspokoić, więc po chwili popijam wodę. Się nawodnimy przez te ćwiczenia. A sąsiedzi póki co nie dzwonią na policję.

W ogóle największe zainteresowanie gaszeniem pragnienia babcia wykazuje w nocy. Tak mniej więcej od 2-3 do większej ilości razy. Jak jest 2-3 razy to jest super. Przy większej częstotliwości odczuwam pewien niedosyt snu.

Oczywiście powinnam skakać z radości, że babcia tyle pije. Skakaliśmy więc wczoraj z T. Nad babcią. Gdyż nie wiadomo kiedy, ale ściągnęła pampersa i zasikała pół łóżka włącznie z sobą. Trzeba było przebrać prześcieradło, kołdrę i babcię. Do tego należało ją wykąpać (pierwsza moja kąpiel - do tej pory tylko robiłam za obserwatora). Ponadto okazuje się, że mocz w kontakcie z materacem przeciwodleżynowym zbryla się. Dość interesujące odkrycie. Takie więc atrakcje przyniósł nam piątkowy wieczór. T. był nawet wyrozumiały i w tych wyjątkowych okolicznościach pozwolił mi użyć kilku niecenzuralnych słów. Cóż. Normalni ludzie chodzą do kina albo włóczą się po knajpach. Amatorzy. My mamy pampersy, chusteczki dla niemowląt i butelki. Filmy pauzujemy, bo babcia woła pić albo nadmiernie się wierci i trzeba sprawdzić, czy nie wyłazi z wyra. Poczucie czarnego humoru nas jednak nie opuszcza. Chociaż nasze "opowieści z krypty" chyba niedługo zaczną nieco przerażać naszych znajomych.