Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

poniedziałek, 7 maja 2018

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 139 - Nierówne traktowanie.

Z Andrzejem z wolontariatu ucina sobie pogawędkę, chociaż jeszcze chwilę wcześniej była bez kontaktu.

Gdy przychodzi pielęgniarka, odbywa się zazwyczaj scenka rodzajowa w stylu:

[Dzwonek domofonu]
Babcia: Ktoś dzwoni.
Ja: Pielęgniarka.
Babcia: Po co?
Ja: Do Ciebie.
Babcia [obruszona]: Ja nie potrzebuję. Ja śpię.

Mnie ogólnie olewa. Raczej nie mogę liczyć na jakąś wdzięczność za przysłowiowe skakanie nad nią. Od czasu do czasu powie, że mnie kocha.

Za to T. spotyka się Z większą łaskawością. Ostatnio jej nieco mniej, bo i z ogólnym kontaktem jest różnie, ale był etap, że zalewała go potopem czułości, miłości i wdzięczności za każdą czynność.

Kiedyś po powrocie do domu babcia pyta, kto przyszedł. Odpowiedziałam chyba, że Kasia. Następnie miał miejsce taki oto dialog:

Babcia: T. jest z tobą?
T.: Jestem.
Babcia: To pilnują ją, żeby mi jej nikt nie ukradł.
T.: Staram się.
Babcia: Kochany jesteś.

W czwartek wróciliśmy* z nowinami, ale babcia zajęta konsumpcją na wszystko odpowiadała "mhm", więc trudno było ocenić poziom przyswojenia informacji. Następnego dnia zrobiłam więc podejście drugie.

Ja: Zaręczyłam się,
Babcia. Z kim?
Ja: Z T.
Babcia: To dobrze, będę miała wujka.

!!!

* Zostawiłam babcię pod dobrą opieką, by szlajać się po jednym z polskich miast. Bez myślenia o konieczności karmienia, przewijania itp.

Wiem, że nieczęsto piszę, ale u nas jeden dzień podobny do drugiego, a pisanie, co i ile babcia zjadła chyba mija się z celem. Stabilnie jest.

wtorek, 20 marca 2018

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 138 - Quasimodo i wielki głód

Wspólnie z T. babcię nazywamy Quasimodo. Naprawdę tak wygląda, kiedy bluzkę od piżamy naciąga z tyłu na głowę i opatula się nią tak, że widać tylko twarz. Quasimodo jak nic.

Wiem, wiem, że znów nic nie piszę. Ale - na szczęście - wieje nudą. Znaczy - nam się nie nudzi, o nie! Ale nie dzieje się nic nadzwyczajnego, o czym można byłoby napisać w jakimś porywającym poście.

Co zatem u nas? Zalewa nas fala wielkiego głodu i Armagedon niepohamowanego apetytu. Bez wprowadzania wspomagaczy, który ten stan miałby nam zgotować. Wielki głód przyszedł niedługo po tym, jak zaczęliśmy babcię sadzać na fotel. Wezbrał, gdy w diecie na całego zagościło pieczywo i zbiegł się z wielkimi mrozami. Trwa do dzisiaj i końca nie widać. Oznacza karmienie. Długie, żmudne i nudne. Babcia je dużo i powoli, więc osiągamy rekordy w czasie spożywania posiłków. Obiad zazwyczaj trwa od 1 do 1,5 godziny, choć zdarza się, że i dłużej. Na przykład 2 godziny. W tym czasie mogę obejrzeć sobie film albo poczytać książkę, słuchać muzyki czy wędrować po Internetach. Śniadania lub kolacje zajmują około godziny z okładem, ale zjada od 2 do 4 skibek chleba, więc... Czasy, kiedy 125 gramów owocowego deserku stanowiło dla niej całodzienne wyżywienie odeszły chyba w siną dal. Dziś słoiczek zawierający 190 gramów jest mostkiem łączącym solidny obiad z podwieczorkiem w postaci 1,5 drożdżówki. Można? Można. Dzięki temu, że babcia je DUŻO, może jeść różnorodnie: pieczywo, nabiał, mięso, tłuszcze, owoce i warzywa. Przestała chudnąć, a nawet wydaje mi się, że odzyskała nieco masy. Od czasu do czasu dostaje nutridrinka. Raczej rzadko.

T. obsypuje ją więc prezentami - chlebek, drożdżówki, jogurciki, serki. A ona pochłania wszystko, co dostanie się w jej ręce.

Z kontaktem jest różnie. Przy takim odżywianiu spodziewałabym się większych efektów, ale trzeba zadowalać się tym, co jest.

Ja: Kochasz T.?
Babcia: Kocham, bo się ze mną bawi i ciebie lubi.

Takich sytuacji jak powyższa nie jest zbyt wiele. Są raczej sporadyczne. Tym bardziej więc cieszą.

Największą jednak frajdę sprawia jej jedzenie. Błogość i zadowolenie wypisane na jej twarzy w trakcie posiłków są bezcenne.

wtorek, 16 stycznia 2018

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 137 - Wyższy level.

Przeżyłyśmy święta i przejście w Nowy Rok. Bez spektakularnych akcji, bez większych zniżek czy zwyżek. Wreszcie przestałam kaszleć jak gruźlik, a babcia na szczęście nie rozkaszlała się poważnie, bo jakieś pokasływanie też się u niej przewinęło.

W sobotę nawiedził nas ortopeda. Obejrzał zdjęcie, stwierdził, że szkoda, że tylko jednak projekcja, bo by się dwie przydały (skądże to wiedzieć...), ale na podstawie tego, co było 18 grudnia, czyli wtedy, kiedy zdjęcie było robione, wygląda to nieźle. Złamanie było bez przemieszczenia i chyba zaczęło się zrastać. Mamy z babcią robić wszystko do granicy bólu. Sadzać, pionizować, chodzić z nią...

Z tym chodzeniem to trochę klapa, bo jednak są przykurcze, ale będzie można z nimi teraz sprawniej walczyć, bo przesadzamy babcię na wózek. I to jest najlepsza zmiana, jaka mogła się trafić. Z przyczyn wszelkich. Koniec jedzenia pieczywa w łóżku, więc skończyły się walające się po prześcieradle kruszyny. Łatwiej też ogarnąć wyro, zmienić pościel itd., kiedy jej w tym wyrze nie ma. Poza tym w związku z tym, iż babcia zjada posiłki bardzo (BARDZO) wolno, nie muszę kwitnąć u niej w pokoju. Wczoraj jadła śniadanie u mnie w pokoju, a ja w tym czasie... układałam puzzle. W czasie przeżuwania przez nią kawałka chleba mogę zrobić naprawdę sporo. Ten system sprawia, że nie rośnie mi ciśnienie podczas jej posiłków. Naprawdę nie grzeszę cierpliwością.

Kilka dni temu odstawiłam tramal. Żeby jednak dać odetchnąć żołądkowi. By zaczęła lepiej jeść. Z piciem jest naprawdę nieźle, ale ciągle chudnie. Orto zalecił Apetizer, o którym też już myślałam, więc może to da radę.

Reasumując - opuściłyśmy łóżko.

czwartek, 21 grudnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 136 - Przedświąteczne ożywienie.

Może to sprawa niedawnej wycieczki. Albo tego, że przechodzi z pozycji horyzontalnej do wertykalnej. Bo ją sadzam już na łóżku. Nogi każę spuszczać na dół. A co tam. Skoro siedziała w drodze na rtg, to w domu też może. Więc nie wiem. Ale jakoś mózg zaczął jej lepiej (choć przez chwilę) pracować.

Wracam z siatami z zakupów, ciągnąc ze sobą mokry parasol, bo pogoda dziś paskudna. Wchodzę do domu i witam się:

- Dzień dobry, pani - tak, tak się witałyśmy też na długo przed historią z Alzheimerem; po prostu sobie czasem "paniowałyśmy".
- Dzień dobry. Chciałam pić, wołałam, ale się nie doczekałam.
- Nie było mnie. - wyjaśniam.
- A gdzie byłaś?
- Na zakupach.
- W dupie, a nie na zakupach.

Cóż.

Potem, gdy chciałam ją posadzić, to mnie łaskotała.

Na śniadanie dostała chleb z czekoladą (wiem, wiem, nie powinna...). Chleb się trochę łamał i chciałam go złapać, żeby czekoladą nie zapaćkała całego wyra i siebie. W odwecie zaczęła nim machać, żebym jej go nie zabrała. Na szczęście udało się powstrzymać czekoladową katastrofę.

- Ułamał się. - tłumaczę skwapliwie własne działania.
- Ułamał się, ułamał, ułamał - odpowiada nawet nie z odrobiną, ale z całą mocą ironii w głosie.

Chyba jej lepiej.

Niedługo przyjdzie Andrzej.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 135 - Są wartości nieprzemijające. Na przykład mężczyźni.

Tak, w życiu kobiety wartością nieprzemijającą i uniwersalną jest mężczyzna. Niezależnie od wieku tejże kobiety.

Dlatego, gdy na horyzoncie pojawia się T., babcia przejawia większy apetyt. Na jedzenie. Po prostu w jego obecności zjada więcej. I dlatego, gdy on trzyma jej butelkę, jakoś jest w stanie więcej wypić, cokolwiek w niej się znajduje. Nawet jeśli jest to kaszka. I z zastrzykami też idzie wtedy gładko.

Dlatego, gdy przychodzi wolontariusz Andrzej, to babcia przechodzi ze stanu niemal wegetatywnego do całkiem żwawej babki, która opowiada niestworzone historie, w tym o dziadku Janie, który był kowalem.

Dlatego, gdy przyjechali dziś po babcię ratownicy (bardzo młodzi i przystojni), bez trudu ubrali ją w kurtkę i czerwoną czapkę z pomponem i - jak sami twierdzą - zrobienie zdjęcia rtg poszło sprawnie i bez problemu. W tym czasie zmieniłam jej prześcieradło i wywietrzyłam maksymalnie pokój. Potem babcia miała bardzo dobry humor. W sumie się nie dziwię. I powodem na pewno nie było czyste prześcieradło i czyste powietrze w pokoju.

Może wystarczyłoby, żeby babci faceta przepisać na receptę?

Poza tym atmosfera szpitalna rozszerzyła się na wszystkich domowników.

Babcia ma złamane biodro. To wiadomo.
Kot od tygodnia ma przetrąconą łapę, ale kuleje już znacznie mniej. Prawie w ogóle teraz.
Mnie pokonało paskudne przeziębienie, ale - skoro piszę - oznacza to, iż jest już lepiej. Chociaż nadal kaszlę niczym rasowy palacz. Nie ma jednak tego złego. Przez pięć lat, gdy dopadło mnie przeziębienie, sama musiałam robić sobie herbatę. A do tego biegać do babci i kota. Teraz T. robił herbatę. I biegał do babci i kota.

Tak, to jest potwierdzenie tezy postawionej na początku tegoż hołubiącego mężczyzn wpisu.


Babcia w fazie startowej przed przyjazdem transportu medycznego.

sobota, 9 grudnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 134 - Przemoc domowa.

Babci mentalnie się pogarsza. Bardzo nawet. Zrobienie zastrzyku, przebranie pampersa czy wykąpanie okupione jest krzykiem i groźbami w stylu "bo cię ugryzę!". Żeby jeszcze zatrzymywała się na groźbach. A gdzie tam! Gryzie, wbija paznokcie w skórę wroga, drapie, wali na oślep z klaskacza lub wręcz napieprza nas pięściami. A siły to ona ma sporo. Wkurza ją jeszcze, jak czasem trzyma jej ktoś butelkę z piciem. Co jednak trzeba robić, bo występuje paradoks - drze się, że chce jej się pić, a butelkę trzyma w taki sposób, że jedynie smoczka pociamkać może, ale się nie napije. Albo chce schować butelkę pod kołdrę, co ewidentnie spowoduje katastrofę, więc trzeba jej tę butelkę wyrwać, a ma ją zakleszczoną tak mocno w swoich rękach, że do najłatwiejszych czynności to nie należy.

Walczymy zatem, a walka zaczyna być iście na pięści. Dobrze że zima. Jak będę miała siniaki na ciele, to przynajmniej spod tych warstw ubrań nie będzie widać. Twarz trzymam z dal od niej, ale w sumie nie zna się dnia ani godziny. Może kask sobie kupię. Taki jak hokeiści mają. I ubranie ochronne. Się dzieje. Szczególnie, że 18 września pojedziemy na zdjęcie rtg biodra. Będę mogła być przy babci, trzymać ją za rączkę, głaskać i uspokajać. Nie wiem, jak to się skończy. Dla mnie. Może wezmę tonę czekolady. Babcia lubi. Potem najwyżej przez miesiąc się nie wypróżni, ale chociaż da sobie zdjęcie zrobić, jak będzie dobrze przysposobiona.

Pojawił się pomysł, żeby wozić babcię na rehabilitację. Wtedy tłukłaby kogoś innego. Ale to musiałby zarządzić ortopeda, który najpierw musiałby zobaczyć zdjęcie. Więc - jak Bóg da.


czwartek, 30 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 133 - Więcej szczęścia.

We wtorek miałam w planie iść wcześniej spać. Ale o 23.00 i 23.13 ktoś napieprzał do nas domofonem. Wcześniej, później i pomiędzy babcia się darła. Nastawiłam więc budzik, naćpałam babcię solidną dawką tramalu, zamknęłam drzwi od swojego pokoju i poszłam spać. Obudził mnie kot. W środku nocy - jak mniemałam, bo przecież budzik nastawiony na 4.00 jeszcze nie dzwonił. Wywaliłam sierściucha na klatkę. Z ciekawości zerknęłam na telefon. Połączenie od T., smsy... Patrzę na godzinę. 6.27 nieco mnie zszokowała. Budzik musiałam wyłączyć, dobijanie się do mnie za pośrednictwem telefonu niewiele mogło zdziałać, bo na noc go wyciszam. Domofon też już nie miał szans, skoro zabarykadowałam się w pokoju. Nie ma jednak tego złego. Do poradni dotarłam na 7.14. Okazało się, że internety kłamią i rejestracja jest od 7.30. Nie było dzikich tłumów. Nikogo nie było. Ostatecznie mamy termin na 31 stycznia, bo wprawdzie zapisy były od środy, ale wyprzedzili nas pacjenci, którzy już mieli za sobą jakąś wizytę. Pani w rejestracji powiedziała, by jednak zapytać lekarza, czy nas wcześniej nie przygarnie. W tym celu odbyłam po kilku godzinach ponowną wędrówkę do poradni. Nie, nie przygarnie nas wcześniej, o czym poinformował mnie w delikatnie rzecz ujmując, mało miły sposób. By wyleczyć wkurw po tym krótkim, acz intensywnym spotkaniu, zrobiłam sobie gorącą czekoladę i zeżarłam słodką babeczkę. 

A potem zadzwoniłam do NFZ. Tak, zadzwoniłam do Narodowego Funduszu Zdrowia. Nie wiedziałam, że tak można. A można. Chociaż bardzo sceptycznie podeszłam do tego pomysłu. Bo niby co za interes miałby NFZ w tym, by znaleźć nam wcześniejszy termin wizyty u ortopedy. Byłam przekonana, że znów okażę się intruzem, problemem i inne takie. Ale zadzwoniłam. I bardzo dobrze. Odebrała BARDZO miła kobieta. Powiedziała, że sprawę przekaże koledze i się ze mną skontaktują. I skontaktowali. Zadzwonił BARDZO miły pan. Wysłuchał cierpliwie w czym rzecz i podpowiedział, jak ogarnąć w sensowny sposób całą akcję. Zaczniemy więc jednak od skierowania na samo zdjęcie i zlecenia na przewóz karetką w celu tegoż zdjęcia zrobienia. Bo można tak. Jak już będziemy miały zdjęcie, to w razie potrzeby pan z NFZ pomoże nam znaleźć poradnię z wcześniejszym terminem konsultacji. No bajka. Jest nadzieja, że to wszystko jakoś da się zorganizować.

Zadziwił mnie ten NFZ. Doprawdy.