Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

wtorek, 25 lutego 2014

Nadzwyczajnie szybkie rozwiązanie wątku powieści szkatułkowej

Wstawszy bladym świtem, zmobilizowana wewnętrznie, udałam się do miejsca pierwszego po papier numer 1. Poszło nadzwyczaj sprawnie i szybko, co nie zawsze w takich miejscach się zdarza. W dobrym zatem humorze ruszyłam na spotkanie z moim z zamierzchłych czasów dziekanatem. Humor miałam tym lepszy, gdyż każde spotkanie z panią Moniką jakoś pozytywnie na mnie wpływa, co stanowi chlubny wyjątek na mapie dziekanatów wszelkich, które zgrozą i odruchami wymiotnymi wzbogacają zazwyczaj studentów. Na miejscu okazało się, że dyplom mój uskutecznił sobie przeprowadzkę do archiwum i tam w spokoju sobie spoczywa. Plusem tej przeprowadzki było to, iż z obiegówką musiałam się udać tylko do jednego miejsca (Marika i tak musi przeczytać "Ptaśka"). Sprawa dość szybka do załatwienia. Archiwum jednak ma swojego opiekuna, a pana archiwisty w tym momencie na uczelni nie było. Ścignięty jednakże misją wydobycia z archiwowych odmętów mego dyplomu, miał stawić się na miejscu za godzinę. Miałam więc czas na spałaszowanie śniadania i wypicie kawy w domowym zaciszu, dokarmienie babci i powrót na uczelnię (oczywiście pieszo w obie strony - sorry, takie miasto). 

Po godzinie z kawałkiem stanęłam więc drugi raz tego dnia w drzwiach dziekanatu. Oprócz pani Moniki przywitały mnie nadzwyczajnie piękne, ciemne oczy. Jak się po chwili okazało należały do archiwisty. Gawędziliśmy sobie w trójkę całkiem miło, gdy składałam setki autografów na kolejnych dokumentach zdawczo-odbiorczych. Podziękowałam kilkakrotnie (mogłabym tak pół dnia dziękować, ale byłoby to już wtedy mocno podejrzane), zabrałam przykurzony oraz nagryziony dwu-i-półletnim ząbkiem czasu dyplomik (tudzież najróżniejsze 'dodatki') i udałam się znów do urzędu. Z braku jakiegoś fajnego grzdyla, czekanie w kolejce umiliłam sobie czytaniem "Rękopisu". Gdy przyszedł czas na mnie, szczęśliwym trafem wylądowałam na krzesełku przed panią, która wczoraj posłała mnie po uzupełnienie braków w mojej rejestracyjnej dokumentacji. - Aaa, ta pani, co dwa lata dyplomu nie odbierała - usłyszałam na początku. Zdałam więc wszelkie pisemne informacje o zasobach mojego wykształcenia i znów składałam setki autografów. Po tak odbytym rytuale zostałam zarejestrowana i tym samym stałam się legalnie bezrobotna. I dostałam prezent. Nie, nie od urzędu. Od Marcina Jakimowicza, który dziś napisał...

http://gosc.pl/doc/1897818.Kasa-spadla-z-nieba

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz