Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o co chodzi (włączając autora). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o co chodzi (włączając autora). Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lutego 2014

Mała i JA

Nierozłączni. Nierozerwalni. Zespoleni. Zrośnięci w jeden, żywy organizm. Mała i JA. Z wierzchu. Z pozoru. Podobni do siebie. Jak dwie krople wody. Jak dwie okruszyny chleba. Jak... jak... dwa głośniki tej samej firmy? Coś w tym klimacie. Ale to tylko złudzenie, które bystrym i uważnym oczom aż nazbyt wyraziście się narzuca. Bo Mała i JA, choć idący ze sobą ramię w ramię, krok w krok, pędzą dwa odrębne byty. Kierując się przy tym totalnie odmienną filozofią życiową. Mała może nie jest jakimś mistrzem altruizmu, złotym medalistą w poświęcaniu się, ale skończonym egocentrykiem również nie jest. Miewa odruchy życzliwości. Chęci pomocy innym dopuszcza niekiedy do głosu. Ale problem zasadza się właśnie w tym "miewaniu" i "niekiedości". Bo jest JA. JA ma natomiast własną wizję, jak winno życie Małej się toczyć. Wyłącznie tak, by Małej było miło, słodko, wygodnie, lajtowo (JA tak naprawdę myśli w tej kwestii wyłącznie o sobie, wątpliwe dobro Małej jest tylko nędzną przykrywką). JA na domiar złego jest niezwykle sugestywne. Przekonujące. Z niezwykłą finezją rozkochuje Małą w swoich pomysłach. Taaa... Marzenie... Rzeczywistość jest o wiele prostsza:

Mała: Przydałoby się pozmywać... To już drugi dzień...
JA: Weź się nie ośmieszaj. Pozmywamy później.
Mała: Ok.

Albo:

Mała: Może zrobimy coś konstruktywnego?
JA: Pfff... Lepiej poudawajmy, że robimy coś konstruktywnego na fejsie.
Mała: Ok.

Mała w tej walce zazwyczaj ponosi sromotną klęskę. I na nic się zdaje przyjaciół bicie po łapkach i mówienie "Fe.. Fe... Ty okropna egoistko!" Popraw się. Napraw się. Oj, nie działa to dobrze na Małą. JA zaczyna chlipać, bo co ma robić po takim słownym klaskaczu? Mała bierze tedy JA za łapkę, siadają w kąciku i pocieszają się wzajem, że nie jest tak źle; że to JA ma rację, a inni są fe. Głupie babole. Pocieszajki pomagają wrócić do względnej równowagi. Bo nikt nie będzie Małej JA poniewierał. Wara.

JA ma jednak zażartego wroga. Wroga nie do zwalczenia. I na tym polu Mała nic nie może zrobić. Najwyżej musi zrobić. Herbatę na przykład. Bo wrogiem JA jest Babcia. Babcia potrafi zmasakrować i zmaltretować JA tak, iż Mała jedynie bierze zezwłok JA, ciągnie za sobą i robi tę cholerną herbatę. I ani piśnie. Chyba że w sobie. Dlatego JA nie znosi Babci. Ale Babcia ma na JA swoje sposoby. A właściwie jeden sposób - wytrwałość. Czyli wytrwałe dopominanie się o to, co jest jej akurat w danym momencie potrzebne.
Przykładowa bitwa wygląda następująco:

Mała i Ja siedzą w necie/czytają książkę/czytają gazetę/nic nie robią. Wstaje Babcia.
Babcia: Ktoś mi wypił wszystką herbatę.
Mała: Trzeba iść herbatę jej zrobić.
JA: Siedź cicho. Nigdzie nie idziemy.
Babcia (głośniej): Ktoś mi wypił wszystką herbatę!
Mała: Trzeba iść herbatę jej zrobić.
JA: Nigdzie nie idziemy.
Babcia (jeszcze głośniej z elementami zawodzenia): Nie mam herbaty!!!
Mała bez słowa wstaje. JA się jeszcze wyrywa. Próbuje zatrzymać. Coś powiedzieć. Za późno. Mała już robi tę cholerną herbatę.

Albo:

Wieczór. Babcia chce się potulić. JA chce poczytać. Mała kładzie się obok Babci. Myzia i jest myziana. JA się wierci i niecierpliwi. Babci jest dobrze. Bezpiecznie. Przytula do siebie rękę Małej. Jakby to była przytulanka z gałganków. Małej żal zostawiać. Wykręcać się z objęć. Ma w nosie poburkiwania JA.

JA zaczyna przechodzić pewien kryzys. Bolesny. Pertraktacje bowiem trwają coraz krócej. Bo Mała wie, że przeciąganie i odwlekanie nie prowadzi do niczego. Nic się tym nie uzyskuje. JA każdego dnia jest więc brutalnie kaleczone. Jak w tych opowieściach o ziarenku piasku, co to kaleczy małża i dzięki temu powstaje perła... Perła? Jaka perła? Samo kalectwo póki co. Siepanie. Rozcinanie. Krew chlusta na wsze strony.

Ktoś może pomyśleć, że jest to walka na śmierć i życie. I w pewnym sensie jest to prawda. Ale nie chodzi o to, by zgładzić JA. By się go pozbyć, wyrzucając za burtę życia. Nie. Trzeba tylko ustawić JA do pionu. Trochę ukrócić jego hulaszczy i rozrzutny  tryb życia. Niech się zacznie liczyć ze zdaniem Małej. Niech się wreszcie podporządkuje. Choć odrobinę. I do tego właśnie służy Babcia. Między innymi. Mniej więcej.



Kawa jest darem z dojczlandu. Mała, by się jej napić, musi wziąć słoik i tym samym stanąć twarzą w twarz z... ja! Nie z dumnym (durnym?) JA, tylko ze skromniutkim "ja".
Kawa też jest skromna. W smaku. Ale nie jest zła. Można pić, ja!

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Bajanka o Małej i Krainie Lodu

Mała zapóźniła. Za późno poszła spać wieczoru poprzedniego. Rankiem więc problem spory miała z wygrzebaniem się z zaplątania w poduszki, kołdry, prześcieradła i skarpety. Chociaż już od czasu jakiegoś nie jest skazana na doznawanie porannego szoku termicznego w zetknięciu z temperaturą pokojową bliską 0, to jednak wstawanie dzisiejsze mocno się przeciągało i sukcesywnie prowadziło do przyduszania telefonu funkcją budzika obarczonego. Coś chyba wisiało w powietrzu. Coś podpowiadało Małej na ucho, że nie jest dobrym pomysłem to wstawanie. Mała jednak zawzięła się i głosy z głowy wyrzuciła. Jakoś doprowadziła się do ogólnego stanu wyjściowego na tyle, na ile te marne 20 minut pozwoliło. Powciągała na się warstewki, bo Brudna na meteo sprawdziła, że stopni 0 będzie w dniu tym. Ubrała ciepłe rajtki i butki specjalistyczne. Butki specjalistyczne są na zimne dni. I śnieżne. I śliskie. Bo butki mają wybitną odporność na to, co zimne, śnieżne i śliskie, zapewniają stópkom małej ciepłość, suchość i bezpieczność. Stópki Małej darzą ogromną sympatią specjalistyczne butki, Estetyka też nie wysnuwa żadnych zarzutów, gdyż ładne są one niezmiernie. Jedynie Kieszeń była zniesmaczona. Ale ta ma zawsze najmniej do powiedzenia, jeśli siła głosów na jej niekorzyść wypada.

Tak wyekwipowana Mała ruszyła w świat. Podejrzewała, że jakiś deszczyk czy coś może około tego. Ale niczego specjalnego się nie spodziewała. Żadnej odmiany świata. Tak nieświadoma i naiwna nieco prosto z klatki schodowej przeniosła się w świat niczym z Epoki Lodowcowej. Narnią to nie było. Ani wioską Królowej Śniegu. Jak szaro było, tak zostało. Ale był to tylko podły podstęp. Szary chodnik skuty został niewidzialną ślizgawką. Niczym niewidzialne lodowisko. Butki małej, choć przyczepność wysoką mają, jednak z najwyższym trudem przeciwstawiały się temu okrutnikowi. Nadmienić należy, iż Mała lubi czuć solidny związek z nawierzchnią i wszelkie próby zaprzyjaźnienia jej z łyżwami czy też rolkami kończyły się zawsze przerażeniem w oczach i kolejną traumą. Nikt nie wie dla kogo większą - dla Małej czy dla nauczycieli. Powiedzmy że jakoś uszły narty. Ale i tak było traumatycznie.

Mała więc dreptała wpośród tej Epoki Lodowcowej. Potem dreptała nazad. I potem na przystanek. I do autobusiku. I potem znowu. I znowu. I jutro znowu.

I jutro będzie musiała wstać nieco wcześniej, żeby na czas dodreptać. Bo Epoka Lodowcowa w tej Krainie Lodu ma jeszcze potrwać. Ech... Mała wolałaby śnieg po kolana. Jednak.

wtorek, 24 września 2013

Bajanki, czyli garści pisania dawnego w wykonie własnym cz.5

2008-01-15 - Bajanka o uciekającej Małej

Bardzo dawno temu, gdy Polska znajdowała się w czasach przemian ustrojowych i całe społeczeństwo skupione było bardziej lub mniej intensywnie wokół tego temtu, Mała jak zwykle zachorowała. Czy wina otwarcia się jej młodziutkiego organizmu na wszelkie wirusy leżała w czarnobylskich oparach, czy też jakieś inne okoliczności zmuszały jej odporność do uległości - nie wiem.
Był słoneczny ciepły jesienny dzień, lecz Mała czuła się fatalnie. Słoneczko, ani chmurki nie cieszyły jak zwykle. Jednak mama postanowiła wyprowadzić ją na spacer. Opatuchała nadmiernie maleńkie ciałko w coś, co zdecydowanie ograniczało ruchy i pociągnęła ją w wielki świat. Mała posłusznie przebierała kończynkami dolnymi, aż... do pewnego momentu. Znała to miejsce bardzo dobrze. Bywała tu często, i to często już dawno temu przestało mieścić się w normie. Teraz jej serduszko zaczęło bić szybcej. Mama odpakowała Małą i posadziła na kolanach. Siedziały tak pewien czas. Gdy po raz kolejny otworzzyły się drzwi mama pociągnęła w ich strone Małą. Tam już czekała ona, ubrana na biało...czekała na nią....Ona wyjęła strzykawkę i igłę...a mama ściągnęła Małej spodnie i majtki. Mała wiedziała, co to znaczy. Wiedziała bardzo dobrze.Jej maleńkie ciałko napięło się w nerwowym skurczu. Mama wpakowała Małą na leżanke, a kobieta miała już zamiar pochylić się nad nią. Mała wiedziała, że jeśli czegoś szybko nie zrobi to groźnie błyszcząca igła, której słyszała już szyderczy śmiech, wbije się w jej malutką pupę. Nagle w przypływie jakiegoś olśnienia zobaczyła, iż ręka mamy znajduje się niebezpiecznie blisko jej twarzy...mleczaki błysnęły złowrogo i ... rozległo się aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Mała w przypływie niezidentyfikowanych sił witalnych i instynktu samozachowawczego znalazła się nadspodziewanie szybko na korytarzu i poczęła biec w stronę wyjścia jak najszybciej przebierając kończynkami dolnymi, co było trudne z powodu opuszczonych do kolan spodni i majtek... Nagle coś przeszkodziło jej w tym pędzie... coś chwyciło ją w biegu.Rozległ się głośny ryk.Ucieczka się nie powiodła. Zawezwano drugą w białym, by razem z mamą trzymała Małą, a igła trzymana przez trzecią wbiła się bezlitośnie, lecz... cóż to? Mała bólu nie poczuła... czy to zmęczenie, czy nagle zdruzgotana nadzieja na ucieczkę czy Anioł... co to sprawiło - nie wiem. Taki obrót sprawy nieco zachwiał jej równowagą, ale na krótko. Bo wszystko wróciło do normy... tzn. wszystkie następne zastrzyki były już bolesne... WSZYSTKIE!

2008-01-13 - Bajanka o Małej i złym wyborze

Ciężkimi krokami w zabłoconych i nieco zniszczonych, wielkich butach, (które robią wokół siebie wiele hałasu a potem są szybko zapominane w nurcie szarej rzeczywistości) zbliżało się półrocze. Mała jak niezwykle o tej porze dnia postanowiła nie siedzieć w garze i dyskutować na mniej lub bardziej produktywne tematy z innymi garnkowiczami, lecz rozpocząć niezwykle nużący proces przyswajania informacji na czas tymczasowy zwany w skrócie przez ogół społeczeństwa nauką. Z niemałym mozołem zabrała się do tego dzieła poczynając od psychicznego nastawienia się, czyli przezwyciężenia chęci włączenia komputera. Następnie z trudem wyjęła swoje nowe źródło wiedzy gramatycznej i przerzuciwszy kilkaset stron dotarła do odpowiedniego zagadnienia. Teraz pozostało znalezienie odpowiedniej pozycji, w której byłaby w stanie bezbólowo przejąć nieco wiedzy od pana M. (redaktor źródła). Zajęło to jej pewną ilość czasu. Gdy była już w odpowiednim położeniu przystąpiła do odczytywania danych. Proces ten tak ją pochłonął, iż nie zauważyła obniżającej się mocy w uchwytach zwanych rękoma. Moc ta malała coraz szybciej i szybciej i szybciej, aż... zmalało do poziomu zerowego! I wtedy ważące 2 kg 300g źródło spadło ciężko na szyję Małej i zatrzaskując się głucho zablokowało dopływ czerwonej cieczy do mózgu... jednocześnie gałki oczne Małej poczęły mieć zamiar wypadnięcia na dywan... Jednak w tym momencie zjawił się gad. Gałki przestraszyły się go i postanowiły zostać na swoim miejscu. Natomiast gad zabrał z szyi Małej źródło, połknął je i tym sposobem wszystko wróciło do normy...

Legenda:

Historia pierwsza jest aż nazbyt prawdziwa. Stanowi rodzinną anegdotę. Mama uwielbiała ją opowiadać. Tak samo jak tę o rzuceniu z Mostu Trybunalskiego do rzeki posikanych majtek (swoją drogą najlepsze akcje z dziecintwa z moim udziałem są związane z bielizną - dziwne...). Bajanka druga stanowi fikcję literacką na bazie uczenia się z jakiejś polonistycznej knigi.

sobota, 21 września 2013

Bajanki, czyli garści pisania dawnego w wykonie własnym cz.4

2008-02-04

Pewnego dość ciepłego wieczoru zimową porą wzdłuż pięknej alei powłóczystym krokiem szedł Franek... Elegancki jak zawsze w swojej prawie nowej koszulinie z kilkudniowym zarostem dodającym mu niewymownego uroku przyciągał wzrok wielu niewiast... Za nim zdążał jeszcze bardziej powłóczystym krokiem jego przyjaciel Ziutek... Ziutek był równie elegancki jak Franek, jednak to, co było w nim charakterystycznego... to wrodzone lekceważenie wszystkich i wszystkiego godne prawdziwego artysty... Franek podczas tego wieczornego spaceru z błyskiem w oku zagadywał niekiedy ścigające go wzrokiem piękne niewiasty... One oczywiście udawały niedostępne bądź oburzone, jednak Franek wiedział, że marzą one tylko o nim... Lecz on był wierny tej jedynej, o najwspanialszych kształtach... tej, którą trzymał w ramionach o każdym wschodzie i zachodzie słońca... tej której bliskością się delektował... Ziutek różnił się w tym względzie od Franka... Choć i on był wierny to brał swą wybrankę gwałtownie, nachalnie, bez zbędnych sentymentów i z całą swoją obojętnością... Teraz dwaj panowie zdążali, by spędzić noc ze swymi połówkami i by zasnąć w ich objęciach... Nagle błysnęły światła wściekle wdzierając się mężczyznom do oczodołów... Z auta wysiadło dwóch aniołów i zaczęło przemawiać doń iście niezrozumiałym językiem jakimś... Przyjaciele próbowali jakoś porozumieć się z przybyszami używając całego bogactwa środków stylistycznych, a w szczególności epitetów... Jednak nie wiedzieć czemu aniołowie pozostali nieczuli na wymowność bohaterów, co poczęło nieco wytrącać z równowagi Ziutka... Spowodowało to, iż aniołowie zapakowali Franka i Ziutka do auta i zawieźli ich na miejsce kaźni i tortur, za które został im wystawiony rachunek... I gdzie tu sprawiedliwość?

2008-01-20 - Bajanka o Małej na [d/g]ramatycznym froncie

Był deszczowy, wietrzny poranek... Mała był w gotowości już od świtania... Wiedziała, że czeka ją długa i mordercza walka... Walka do ostatniej kropki... Lecz nie upadała na umyśle i mobilizowała całą szarą eminencję... na pierwszy ogień rzuciły się na nią stopnie... Lecz te zostały w miarę szybko rozgromione... Za nimi atak przypuściły liczebniki... i część szarej eminencji dokonała odwrotu. Pomimo tego i ten oddział gramatyki musiał ulec po zdecydowanej akcji przyswojenia... Mała, już nieco osłabła w boju, musiała się zmierzyć jeszcze z zaimkami... Te były o wiele sprytniejsze od swych przeciwników... Podstępnym ciosem, wykorzystując chwilę odprężenia, raniły Małą i polała się krew... To rozproszyło i zdekoncentrowało samotną bahaterkę i musiała ona na czas jakiś opuścić pole boju... mając jednocześnie świadomość najcięższej walki dnia następnego, gdy to ramię w ramię do walki staną rzeczownik i czasownik mając przy sobie wiernych i niepokonanych żołnierzy: deklinację i koniugację... A potem wszystko wróci do normy... Chyba, że Mała nie zaliczy koła... co całkiem możliwe z takim podejściem do nauki... ale to tylko kolokwium... :P

2008-01-19 - Bajanka o Małej z kulturą w tle

Gdy nastał jeden z tych wspaniałych dni, kiedy to ma się wolne, Mała nie przypuszczała, iż wbrew wszelkiej logice będzie on trwał jeszcze po północy... Dzień minął szybko na średniej jakości przyswajaniu źródeł... Wreszcie nadszedł oczekiwany pobyt w świecie literackości, gdzie napięcie intelektualne przeszywa każdą duszę zbożnie łaknącą wiedzy a wszystko jest okroszone szarokomórkowym humorem... Tego dnia napięcie miało barwę angielskiego nieba a humor posiadał twarz Jasia Fasoli. Wśród licznych anegdot, dowcipów i dygresji zapodawanych przez wspaniały duet, Mała frunęła ponad wyspy ziemią. A gdy czas nadszedł rozstania z ludźmi, którzy mogą niszczyć bez obaw swe szare komórki, gdyż ich na to stać (w przeciwieństwie do "żuli", którzy już dawno żyją na szarokomórkowy kredyt), Mała udała się, by jeszcze głębiej rozsmakować się w anglojęzycznej kulturze. Rozsmakowywała się długo i nadmiernie wśród towarzystwa, gdzie humor sięgał bruku a napięcie literackie zasnęło zmorzone pod stołem. Rozsmakowywanie niestety zostało przerwane przez brutalną rzeczywistość pozwalającą na zabieranie tylko jednej sztuki kultury irlandzkiej w stanie płynnym... a która to kultura stopniała szybko i przeszła w stan ogólnie zadowalający wszystkich... Wśród mgieł nocnych i posmaku irlandzkiej kultury aniołowie dobrodusznie powiedli Małą do domu, zapakowali w piżamkę i kołderkę i szybciutko wysłali ją w inny wymiar... Dnia następnego wszystko wróciło do normy... pozostała jedynie tęsknota za kulturą...



Legenda:



w związku z faktem, iż wszystko, co kiedyś moja chora psychika spłodziła, nie do końca jasnym się wydaje, postanowiłam lekko rozjaśnić ukazane historie.

W bajance o Franku i Ziutku wspomniane osobniki w liczbie dwóch są bliżej nieznanymi, dobrotliwymi żulkami. Aniołowie to oczywiście policjanci, a miejscem kaźni jest wytrzejźwiałka. Zdarzenie miało miejsce, ale słabo je już pamiętam. Aniołowie pojawiają się też w bajance o kulturze w kontekście Małej (czyli mnie), ale tutaj aniołowie stanowią fikcję literacką - żeby nie było. Reszta jest jednak faktem, czyli jakieś spotkanie literackie i potem jakieś spotkanie towarzyskie.Bajanka druga jest o nauce gramatyki. Po prostu. A jakoś w tym dniu rozkroiłam sobie palec i stąd to krwawe tło (pamiętam bo mam takie jedno zdjęcie, które nie wiem, gdzie jest).

wtorek, 17 września 2013

Bajanki, czyli garści pisania dawnego w wykonie własnym cz. 3

2008-05-24

Słońce przepływało między długimi, pionowymi palami obrosłymi czymś zielonkawym. Świergot ptasząt dolatywał z każdego niemal pala mieszając się z szumem wytwarzanym przez obiekty o nazwie "Jadę 120km/h, a mogę jeszcze szybciej". Kiedyś być może wprowadzało to nijaki zamęt wśród mieszkańców palisady, lecz dziś to już nikogo nie niepokoi. Oba światy żyją własnym życiem blisko siebie. Ta bliskość sprawia jednak, że drogi życia mieszkańców palisady i obiektów o wspomnianej wyżej nazwie często się przecinają... Zazwyczaj spotkania takie kończą się tragicznie dla jakiegoś palisedczyka, lecz gdy w spotkaniu udzieli się słusznych gabarytów osadnik, wówczas bywa niebezpiecznie dla obu stron. Wspomnieć należy także o dobrych kobietach pilnujących wejścia do polisady, które pełnia swą wartę w każdą pogodę i są w tym niezmordowane... I tak płynie zycie... Czasem tylko wynurzy się zza zakrętu wielkie oko... Ono widzi wszystko...

2008-05-20

Słońce robiło się coraz mniejsze. Niebo stawało się coraz ciemniejsze. Ziemia drżała i kołysała się nierównomiernie. Drzewa tańczyły wraz z krzewami, a trawa biegła na złamanie karku. Jakby ją gonił krasnal uzbrojony w młotek. Mgła spłynęła niespodziewanie i dał się słyszeć szum... Mała otworzyła oczy... Była w samochodzie... Za oknem przewijał się wielkopolski krajobraz... Silnik szumiał głośno, a twarz jej uderzana była gwałtownymi dmuchnięciami wiatru... Pojazd śmierdział benzyną... Mała pokręciła nosem... Przymknęła oczy... Promienie słońca porwały do tańca źdźbła trawy... Liście zaczęły nucić wieczorne pieśni... Świat popłynął z wiatrem... Jak to dobrze, że szare obicia foteli okazały się tylko snem... :)

2008-02-15 – Beskid Żywiecki

Ech pikne te górki w Beskidzie Żywieckim, pikne bardzo... ale trza było wracać i z górecek schodzić... jake żeśmy do miasta wszystkim doskonale znanego pod postacią puszkową, butelkową i kuflową zeszli tedy poczeły się problemy. Pomykając miastem w liczbie osób ośmiu z całym dobytkiem na plecach bacznie rozglądaliśmy się w koło poszukując jakiejś ciepłej przystani ciepłe jadło i napitek dającej... jednak nasze pragnienia zderzyły się z amerykańską kulturą i dostały w mordę zapchanymi przez walentynkowiczów knajpami... jednak w swej drodze ustać nie mogliśmy bo zimno było i byśmy jak te słupy pozamarzali... przemykając ulicą duże zainteresowanie wzbudzaliśmy... wiele par oczu wbijało się w nas z zaciekawieniem, niedowierzaniem czy jeszcze nie wiem czym... wchodząc do jednej przystani żółwik Franklin począł mieć nagłą chęć odwrotu i ucieczki... pomieszczenia były trzy... trzy zadymione substancjami smolistym unoszącymi się nad pizzami i kuflami z piwem... przez mgłę substancji widział żółwik spojrzenia nieciekawie nastawione do przybyszów... szczęściem nie było wolnych miejsc i wzięliśmy z tamtąd odwrót... zostając pożegnani przez osobnika płci męskiej raczej zakompleksionego udawacza, że jest zabawny...osobnik ten wypowiedział słowa prorocze: kupcie sobie liny!!! Pewnikiem osobnik długo myślał nad tym powiedzonkiem i całusem od równie inteligentnej damy pewnie obdarzony został... ale tego wiedzieć nie możemy bo już nas nie było... szczęściem, gdy już nadzieję tracić zaczęliśmy zjawiła się restauracja normalna, z miłą panią co nam stół i jedno z wielu pomieszczeń oddała i zasiąć pozwoliła jak ludziom... że sami byliśmy w pomieszczeniu i żadne ślepia nie śledziły naszych poczynań z głodu wielkiego poczęliśmy wtranżalać kanapeczki przed właściwym obiadkiem... ceny były przystępne przeto brzuszki napełnione zostały skrzętnie i smacznie... Żółwik na koniec zjadł dwa pyszne placki ziemniaczane jakich nawet mamusia nie robi, bo czosnusiem doprawione były... a potem zaaplikował sobie gumę miętową... coby odór nie niósł się po wagunie hej!

A tak zmyślam... ;P




niedziela, 15 września 2013

Bajanki, czyli garści pisania dawnego w wykonie własnym ciąg dalszy


2008-06-22 - Bajanka o końcu i początku

Nareszcie nadszedł ten moment, czas oczekiwany z radością przez wielu i przez wielu oczekiwany z niepokojem. Czas ten nadchodził zawsze i nadchodzić będzie, by pozwolić umysłom pozornie spracowanym zaczerpnąć używek niskointelektualnych... Dzień był ciepły i radosny... spracowane dłonie odświeżały i odprasowywały przyodziewek, o którym nikt na co dzień nie pamiętał... wykrzywione grymasem zadowolenia twarze wyrażały całkowitą nieobecność w teraźniejszości, gdyż myśli osobników błądziły już po ulicach i podwórkach. W niedługi czas po wypełznięciu całymi biało-czarnymi gromadami powracali do domów miętosząc w dłoniach kawałek zabazgranego świstka. Jedni miętosili świstek z nerwowością, inni z obojętnością, jeszcze inni z namaszczeniem... Często sposób miętoszenia świstka nie był adekwatny do tego co na nim było nabazgrane, ale to już inna bajanka... Niedorosłe osobniki porzuciły w granicach swych mieszkań spocone świstki i spocone przyodziewki, przyoblekli się w szaty bardziej swobodne i wylegli na podwórka i ulice niosąc postrach wszystkiemu co się rusza, by odreagować miesiące zamknięcia w murach instytucji sprawującej lepszy lub gorszy nadzór nad nimi... Byle do września...

2008-06-03 - Wspomnienia z [wielu] podróży



Powieki z czarnymi rzęsami z resztkami tuszu na końcówkach chwiały się w rytmie dziur na drodze. Chwiały się coraz bardziej ociężale. A proporcjonalnie do ich chwiania znikał rozciągający się przed małą obraz. Zasnuwała go mgiełka nieświadomości napływająca... z... no właśnie... skąd? hmmm... może... ale nie... to będzie tematem kolejnej bajanki... Zieloność mieszała się z szarością... Światłość z ciemnością... Jawa ze snem... Wirując w szalonym tańcu przetaczały się przez podświadomość małej... nagle wszystko ucichło... zrobiło się tylko zielono... ciszy dał się słyszeć świergot ptasząt... stukot dzięcioła i ... szemranie strumyka... mała szła jakąś ścieżką... niby nigdy tu nie była, ale jakby była... omg znowu duże wu - pomyślała... ale szła dalej... było nawet fajnie... gdy doszła do strumyka zobaczyła, że jakiś krasnoludek majstruje coś przy minitamie... zdziwiło ją to nieco... co się dziwisz? skończył się szwindel ze sreberkami, wiewiórka miała 18-stkę to i krasnoludki niepotrzebne - chlipnął. Nagle dało sie słyszeć muczenie i na polanke przy strumieniu wjechał inny krasnoludek na milce... mała się zdziwiła... co sie dziwisz?... po chwili mała usłyszała głosy i na polankę wyszedł miś trzymając za rękę jeszcze innego krasnoludka... mała stała w osłupieniu... co się dziwisz? Żwirek kręci z muchomorkiem to i my możemy... i zaczęli kręcić sie w kółko... co ja się dziwię? - pomyślała mała...


2008-05-29

Ciemno już było od dawna.... Kolejne etapy imprezy eliminowały następnych jej członków... Wreszcie zaległa cudowna cisza w pogrążonym ciemnością świecie... Ciszę zawdzięczaliśmy Ryśkowi... a raczej braku Ryśka... Rysiek przyjąwszy doustnie dużą dawkę rozrobionego płynu bezbarwnego o intensywnym zapachu i jeszcze intensywniejszym działaniu, poszedł bawić się na juwenalia, które były "rzut beretem"... Nie minęło dużo czasu, gdy dał się słyszeć Rysiek, a towarzyszyła mu niezatamowana chęć mówienia... Narobił trochę zamieszania a następnie poczuł głód i pragnienie... w celu znalezienia czegokolwiek udał się na świeże powietrze i zieloną trawkę... pech chciał, że wcześniej zdążył pozbyć się obuwia i odzienia pozostawiając na sobie jedynie gatki... wspomnieć należy, że noc nie należała do ciepłych, lecz nie miało to żadnego wpływu na decyzję Ryśka... a rano wszyscy mogli oglądać "szukające wódki" stopy Ryśka...

sobota, 14 września 2013

Bajanki, czyli garść pisania dawnego w wykonie własnym

Ze specjalną dedykacją dla J. Pamiętasz? :)

2009-01-15 - rozczłonkowanie wielokończynowe

Razu pewnego dnia zimowego brak słońca pewnej kończynie niezdrowo do głowy uderzył i bunt w niej wszczoł. Zbuntowana kończyna nagły przypływ miłości ku inszym kończynom poczuła. I jęły sie kończyny bratać ku zgorszeniu tych, które grzecznie na d... siedziały, ale odwagi zmienić swego zycia nie miały. A buntowniczki radośnie pozować światłu sztucznem zaczęły i wyginać wszelako swe mięśnie umyśliły. Takowa zabawa trwała czas niekrótki, lecz jak to w bajankach, życie to nie bajka... I każda buntowniczka pokornie na swe miejsce wrócić zmuszona była. Stety. Bo o jednej kończynie Mała do domu by dreptała.

2009-01-15

Poranki były zimne i ciemne, zatem proces wynurzania się ze strefy bezpiecznego, nocnego ciepła przekraczał wszelkie normy przyzwoitości. Jednak Mała nie potrafiła odnaleść w świecie przyczyny, która zmobilizowałaby ją do wytrwania w wieczornym postanowieniu powstania nieco wcześniej niż później. Jakkolwiek przyczyny jakoweś wędrowały bezładnie po zakamarkach umysłu, to jednak zawsze były one niewystarczające lub stawały się takowe po drobnej porannej weryfikacji w drodze bezpłobnego dialogu z rozgadanym uparciuchem. Uparciuch owy, każdego zmuszonego do wczesnego wstawania człeka, wróg zajadły. Uciszyć go poniekąd można sposobem niezwykle prostym przemawiając do niego i jednym ruchem zmuszając go do zaprzestania krzyczenia do nas. Jednak ten wróg sprowadzony do cichości mieszkań pomysłem naszym samym nierzadko rację ma wzywając nas do powstania. Niestety.

2008-09-13

Skrawek szroniebieskiego nieba wdarł się do mieszkania już jakiś czas temu, a teraz wdzierał się do neuronów Małej przez uchylone powieki. Słońce się nie wdzierało, bo go nie było. Brzęczyk zagrał ponownie i tym samym otworzył na ościerz powieki. Mała usiadła i skontaktowała się z otoczeniem na poziomie pierwszym. Obmycie twarzy zimną wodą pozwoliło wejść jej na poziom drugi. Uzyskanie poziomu trzeciego zawdzięczała wtłoczeniu do organizmu płynnej substancji pobudzającej. Niestety... ostatnimi czasy wkraczaniu na poziom trzeci towarzyszyło transportowanie się do innego świata w poszukiwaniu rozwiązania zagadki pewnego człowieka... Człowieka, którego ręce były zbrukane papierową krwią, a umysł jego zmuszał do działania wielu łatwopalnych kochanków... Wtem wzrok Małej zatrzymał się na wąsach tiktaka...I chwilę później pokój zbiedniał o szmacianą torbę, kilka książek i Małą.

Na razie tyle. Większa ilość takich tekstów w jednym rzucie mogłaby zabić... resztki czyjegoś intelektu. Ale co jakiś czas będę w odcinkach wrzucała "do wyczerpania zapasów", by "ocalić od zapomnienia".