Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

sobota, 9 grudnia 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 134 - Przemoc domowa.

Babci mentalnie się pogarsza. Bardzo nawet. Zrobienie zastrzyku, przebranie pampersa czy wykąpanie okupione jest krzykiem i groźbami w stylu "bo cię ugryzę!". Żeby jeszcze zatrzymywała się na groźbach. A gdzie tam! Gryzie, wbija paznokcie w skórę wroga, drapie, wali na oślep z klaskacza lub wręcz napieprza nas pięściami. A siły to ona ma sporo. Wkurza ją jeszcze, jak czasem trzyma jej ktoś butelkę z piciem. Co jednak trzeba robić, bo występuje paradoks - drze się, że chce jej się pić, a butelkę trzyma w taki sposób, że jedynie smoczka pociamkać może, ale się nie napije. Albo chce schować butelkę pod kołdrę, co ewidentnie spowoduje katastrofę, więc trzeba jej tę butelkę wyrwać, a ma ją zakleszczoną tak mocno w swoich rękach, że do najłatwiejszych czynności to nie należy.

Walczymy zatem, a walka zaczyna być iście na pięści. Dobrze że zima. Jak będę miała siniaki na ciele, to przynajmniej spod tych warstw ubrań nie będzie widać. Twarz trzymam z dal od niej, ale w sumie nie zna się dnia ani godziny. Może kask sobie kupię. Taki jak hokeiści mają. I ubranie ochronne. Się dzieje. Szczególnie, że 18 września pojedziemy na zdjęcie rtg biodra. Będę mogła być przy babci, trzymać ją za rączkę, głaskać i uspokajać. Nie wiem, jak to się skończy. Dla mnie. Może wezmę tonę czekolady. Babcia lubi. Potem najwyżej przez miesiąc się nie wypróżni, ale chociaż da sobie zdjęcie zrobić, jak będzie dobrze przysposobiona.

Pojawił się pomysł, żeby wozić babcię na rehabilitację. Wtedy tłukłaby kogoś innego. Ale to musiałby zarządzić ortopeda, który najpierw musiałby zobaczyć zdjęcie. Więc - jak Bóg da.


czwartek, 30 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 133 - Więcej szczęścia.

We wtorek miałam w planie iść wcześniej spać. Ale o 23.00 i 23.13 ktoś napieprzał do nas domofonem. Wcześniej, później i pomiędzy babcia się darła. Nastawiłam więc budzik, naćpałam babcię solidną dawką tramalu, zamknęłam drzwi od swojego pokoju i poszłam spać. Obudził mnie kot. W środku nocy - jak mniemałam, bo przecież budzik nastawiony na 4.00 jeszcze nie dzwonił. Wywaliłam sierściucha na klatkę. Z ciekawości zerknęłam na telefon. Połączenie od T., smsy... Patrzę na godzinę. 6.27 nieco mnie zszokowała. Budzik musiałam wyłączyć, dobijanie się do mnie za pośrednictwem telefonu niewiele mogło zdziałać, bo na noc go wyciszam. Domofon też już nie miał szans, skoro zabarykadowałam się w pokoju. Nie ma jednak tego złego. Do poradni dotarłam na 7.14. Okazało się, że internety kłamią i rejestracja jest od 7.30. Nie było dzikich tłumów. Nikogo nie było. Ostatecznie mamy termin na 31 stycznia, bo wprawdzie zapisy były od środy, ale wyprzedzili nas pacjenci, którzy już mieli za sobą jakąś wizytę. Pani w rejestracji powiedziała, by jednak zapytać lekarza, czy nas wcześniej nie przygarnie. W tym celu odbyłam po kilku godzinach ponowną wędrówkę do poradni. Nie, nie przygarnie nas wcześniej, o czym poinformował mnie w delikatnie rzecz ujmując, mało miły sposób. By wyleczyć wkurw po tym krótkim, acz intensywnym spotkaniu, zrobiłam sobie gorącą czekoladę i zeżarłam słodką babeczkę. 

A potem zadzwoniłam do NFZ. Tak, zadzwoniłam do Narodowego Funduszu Zdrowia. Nie wiedziałam, że tak można. A można. Chociaż bardzo sceptycznie podeszłam do tego pomysłu. Bo niby co za interes miałby NFZ w tym, by znaleźć nam wcześniejszy termin wizyty u ortopedy. Byłam przekonana, że znów okażę się intruzem, problemem i inne takie. Ale zadzwoniłam. I bardzo dobrze. Odebrała BARDZO miła kobieta. Powiedziała, że sprawę przekaże koledze i się ze mną skontaktują. I skontaktowali. Zadzwonił BARDZO miły pan. Wysłuchał cierpliwie w czym rzecz i podpowiedział, jak ogarnąć w sensowny sposób całą akcję. Zaczniemy więc jednak od skierowania na samo zdjęcie i zlecenia na przewóz karetką w celu tegoż zdjęcia zrobienia. Bo można tak. Jak już będziemy miały zdjęcie, to w razie potrzeby pan z NFZ pomoże nam znaleźć poradnię z wcześniejszym terminem konsultacji. No bajka. Jest nadzieja, że to wszystko jakoś da się zorganizować.

Zadziwił mnie ten NFZ. Doprawdy.

wtorek, 28 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 132 - Jak dzwonić do poradni ortopedycznej.

Babcia nadal sama dopomina się o picie. Szczególnie nocami. Ale da się to przetrwać. Cień współpracy w ćwiczeniach nieco się oddalił, ale liczę, że wróci.

W niedziele mieliśmy wychodne z T. Na imprezę. Imieninową. Babcia na ponad 3 godziny została pod opieką. Kiedy po 21.00 wychodziliśmy, mówię do T. "Chodź, trzeba jeszcze babcię przewinąć". Takie klimaty.

Odwiedziłam wczoraj szpital. W celu zapisania babci do poradni ortopedycznej. Wzięłam numerek i ponad pół godziny czekałam do rejestracji. Kiedy przyszła kolej na mnie, pani bez słowa wzięła ode mnie skierowanie otagowane #bardzoniewiarygodniepilnasprawa i pokazała drugiej pani, po czym wróciła, oddała mi świstek i kazała jechać bezpośrednio na ortopedię. Tam od czekającej gawiedzi dowiedziałam się, że z rejestracji odsyłają do lekarza, a lekarz odsyła... też, bo nie ma limitów na ten rok. Zrezygnowałam więc z robienia z siebie idiotki i wróciłam do domu. W domu odpaliłam na kompie listę poradni ortopedycznych i zaczęłam dzwonić. W pierwszym miejscu dostałam się do kolejki oczekujących na połączenie z konsultantem, czyli rejestracją. Byłam 14. Czas oczekiwania - 5 minut. Włączyłam więc na głośnomówiący. Czekając, siedziałam na fejsie, czytałam Pani Bukowej "Wielki ogarniacz życia", piłam kawę i żarłam czekoladę. Dzwonienie po poradniach może być nawet przyjemne, jeśli odpowiednio się do tego podejdzie. Co jakiś czas głos w słuchawce informował mnie, która w danym momencie jestem w kolejce i jaki jest przewidywany czas oczekiwania. Gdy byłam 11, czas oczekiwania wynosił 1 minutę. Zaczęłam się zastanawiać, czy jak będę 9, to będzie to -1 minuta. A tu niespodzianka. Kiedy wskoczyłam na 9. miejsce w kolejce, czas oczekiwania wynosił 11 minut. Zakrzywienie czasoprzestrzeni na poziomie zaawansowanym. Doczekałam się jednak połączenia i dowiedziałam się, że zapisy na przyszły rok dopiero będą startować. Jest to nawet dobra wiadomość, zważywszy, że w pozostałych miejscach (o ile udało się do nich dodzwonić) terminy do ortopedy są na luty lub marzec. Mamy więc plan działania. T. w środku nocy zawiezie mnie pod poradnię, bym mogła tam koczować do jej otwarcia. Gdyby jednak nikt inny na to nie wpadł, przechowam się w pobliskim supermarkecie całodobowym i będę udawała, że robię zakupy. Podejrzewam jednak, że to może być taka czarna środa. Gorzej niż w galeriach, bo mimo wszystko chodzi o sprawy życia i śmierci. Ciekawe. Będzie relacja. Żebym tylko wstała...

Tego całego syfu z załatwianiem ortopedy przez NFZ można by uniknąć. Można by wziąć prywatną wizytę do domu (wiem, wiem, ortopedzi nie bardzo się do tego kwapią, ale niekiedy przydają się znajomi znajomych). Żeby jednak ta wizyta miała sens, musi być zdjęcie biodra. Samo w sobie też nie jest problemem. Niedaleko od nas można je zrobić. Też prywatnie. Za 50 zł. Zważywszy, że oszczędzamy na rehabilitacji, to nie byłby problem. Problemem jest TRANSPORT. Na wizytę w poradni pojedziemy karetką i wrócimy karetką. Na zdjęcie, które chciałabym wykonać prywatnie, nikt nas nie zawiezie. Trzeba by kombinować samemu. A nie wiadomo, co w tym biodrze siedzi i na ile babcię można wieźć zwykłym samochodem. Trzeba zatem walczyć o wizytę w poradni. 

sobota, 25 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 131 - Poza schematem.

Walka trwa. O jedzenie - z tym jest różnie. O picie - też. Piąty dzień przeżywamy cień współpracy w boju z przykurczami. Babcia nawet mnie słucha i naprawdę daje z siebie tyle, na ile potworny ból i Alzheimer pozwalają. Bo ostatecznie jednak odpowiedzialność za rehabilitację spada na mnie. Z babcią jest jak z kołem fortuny. W czwartek przyjechał rehabilitant, pobył u nas 15 minut, ale babcia nie zamierzała ćwiczyć. Zbuntowała się na całego i tyle. Jedyny plus, że facet uczciwy i kasy nie wziął.

Ale ćwiczymy. Babcia przy każdym rozprostowaniu krzyczy lub płacze, więc po zgięciu nóg popija sok. W końcu zdziera gardło. Ja zdzieram gardło, próbując przekrzyczeć jej krzyk i nieco ją uspokoić, więc po chwili popijam wodę. Się nawodnimy przez te ćwiczenia. A sąsiedzi póki co nie dzwonią na policję.

W ogóle największe zainteresowanie gaszeniem pragnienia babcia wykazuje w nocy. Tak mniej więcej od 2-3 do większej ilości razy. Jak jest 2-3 razy to jest super. Przy większej częstotliwości odczuwam pewien niedosyt snu.

Oczywiście powinnam skakać z radości, że babcia tyle pije. Skakaliśmy więc wczoraj z T. Nad babcią. Gdyż nie wiadomo kiedy, ale ściągnęła pampersa i zasikała pół łóżka włącznie z sobą. Trzeba było przebrać prześcieradło, kołdrę i babcię. Do tego należało ją wykąpać (pierwsza moja kąpiel - do tej pory tylko robiłam za obserwatora). Ponadto okazuje się, że mocz w kontakcie z materacem przeciwodleżynowym zbryla się. Dość interesujące odkrycie. Takie więc atrakcje przyniósł nam piątkowy wieczór. T. był nawet wyrozumiały i w tych wyjątkowych okolicznościach pozwolił mi użyć kilku niecenzuralnych słów. Cóż. Normalni ludzie chodzą do kina albo włóczą się po knajpach. Amatorzy. My mamy pampersy, chusteczki dla niemowląt i butelki. Filmy pauzujemy, bo babcia woła pić albo nadmiernie się wierci i trzeba sprawdzić, czy nie wyłazi z wyra. Poczucie czarnego humoru nas jednak nie opuszcza. Chociaż nasze "opowieści z krypty" chyba niedługo zaczną nieco przerażać naszych znajomych. 

środa, 22 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 130 - Bieg przez płotki, czyli nie znasz dnia ani godziny.

Zaczęło się. Dokładnie zaczęło się wczoraj przy obiedzie. Babcia postanowiła, że "idzie na obiad". A po chwili, że "musi iść siku". Jak mus, to mus. Najpierw wsadziła nogę między barierki. Tę złamaną. Zabolało. Bo co miało nie zaboleć. Uwolniłam girę, a dziurę zatkałam kocem. Lepiej zrobić nie mogłam. Noga, a za nią druga, szybko wspięły się po kocu i zaczęły wychylać się zza barierki. Jadłam więc obiad jedną ręką, drugą trzymając babcię, żeby nie wyszła z łóżka. Po chwili trzymałam ją, żeby nie ściągała pampersa. A następnie trzymałam ją, żeby nie ściągała koszuli. Na pytanie, czemu chce się rozebrać, usłyszałam: "bo idę spać". Nawet logiczne. W tak zwanym międzyczasie, trzymając babcię, spaliłam buraki. 

Mocowanie koca będzie bez sensu. Koc zsuwa się po barierce, bo nie ma pionowych szczebelek. Nadgarstki ma bardzo szczupłe, więc wiązanie jej może być niebezpieczne. I mimo wszystko jest traumatyczne. Ale oczywiście pierwszy argument jest istotniejszy. Z ćpaniem też jest ryzyko - babcia niestandardowo reaguje na prochy i tak naprawdę nie wiadomo, co i w jakim stopniu na nią działa. 

Z braku sensownego pomysłu i jednak pewnej konieczności zostawiliśmy wczoraj po południu śpiącą babcię, powierzając ją Bożej opiece i pojechaliśmy na zakupy. No risk, no fun. Na noc też jej nie zabezpieczyłam. Było super. Cała noc spokojna. Zastanawiam się, czy zawdzięczamy to zielonym bananom w zielonym Kubusiu. Dziś na śniadanie zjadła parówkę, a pielęgniarkę przywitała żarcikami i totalnym nieskarżeniem się na zastrzyk. Czyżby zielony eliksir zdrowia, szczęścia, pomyślności? 

Siedziałam sobie przedpołudniem w pokoju. Cisza i spokój. Zaglądam do babci (bo zaglądam teraz regularnie co jakiś czas), a tam taka sytuacja...


Robione na szybko, bo wiadomo...

wtorek, 21 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 129 - Szybkonoga wielbłądzica.

Wczoraj zaliczyłyśmy kąpanie, podczas którego brykała dość żwawo po łóżku. Jeszcze trochę i będzie trzeba ją gonić.

Wieczorem rozerwała (przetartą już, to prawda) poszwę i wyciągnęła z niej sporą ilość kołdry.

W okolicach 1.00 w nocy obudziło mnie darcie się babci. Że jej zimno. Nie dziwię się. Znalazłam ją w nogach łóżka, rozebraną z koszuli, którą wcześniej miała na pęk związaną w kroku, by nic nie była w stanie zrobić z pampersem. Pęk jednak rozplątała, koszulę zdjęła, tak samo pampersa. Dociągnęłam ją na jej miejsce w łóżku i na powrót ubrałam we wszystko.

Około 4.00 wzywała pomocy. Też się nie dziwię. Zakleszczyła się, leżąc w poprzek łóżka. Chyba było jej nieco niewygodnie, zważywszy że znów pozbyła się pampersa. 

Biodro musi ją boleć zdecydowanie coraz mniej, skoro z taką intensywnością się przemieszcza. Zaczyna także kłaść się na boku, gdzie jest złamanie. "Będzie, będzie zabawa..." - choć może w nieco innym kontekście niż owa piosenka. "Szkoły" są dwie - wiązanie albo faszerowanie prochami. Przed nami przetestowanie przymocowania babci do łóżka za pomocą koca - mniej radykalne niż przywiązywanie rąk do łóżka. Może babcia nie poradzi sobie z milionem marynarskich węzłów, którymi przywiążę koc do łóżka. Bo na razie wędrowanie po ograniczonej barierką przestrzeni jej wystarcza. Ale jak długo? Czy nie przyjdzie jej czasem do głowy, by dokonać ekspansji całego pokoju? A to jest bardziej niż niewskazane.

Albo kupię jej hantle?

Niech nie zmyli ten spokojny wyraz twarzy...




poniedziałek, 20 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 128 - Weekend na wojennej ścieżce.

Każdy dzień jest walką. Walką z wiatrakami. Babcia powinna ćwiczyć. Ale ćwiczyć nie chce. Zaczynają się więc przykurcze, co powoduje ból nóg realny albo domniemany i babcia jeszcze bardziej nie chce ćwiczyć. Chodzi o ćwiczenia nóg, bo ręce to ma sprawne, że ja pierdziele.
Walka odbywa się też o jedzenie i picie. Babcia chudnie jeszcze bardziej (tak, jest to możliwe). Na razie wykorzystuję metody w połowie siłowe, ale będzie trzeba to zmienić. Póki co z T. usłyszeliśmy, że chcemy ją otruć i "do cholery zostawcie mnie w spokoju" (babcia w ostatnich dniach dwa razy użyła słowa "cholera", a musi być naprawdę doprowadzona do ostateczności, by zacząć używać wulgaryzmów). Pozostałe rzeczy niestety powodują bunt i płacz. Weekend pod tym względem był koszmarny ze sporym niedoborem snu, przerywanego przez babcię do spółki z kotem. Ostatecznie przestałam się przejmować i na powrót zamykam drzwi od swojego pokoju, by zmniejszyć dopływ odgłosów wydawanych przez babcię. Czasem się udaje. Ale nie zawsze. Niekiedy drze się tak, że tylko pancerne drzwi by mi pomogły. 

Dziś w nocy. Było pewnie jakoś po 3.00, gdy babcia mnie wybudziła jęczeniem. Leżę, próbuję zasnąć, słyszę, jak babcia się wierci na materacu, ale nie sprawdzam - niech się wierci. Nagle słyszę pfff... - odgłos uchodzącego powietrza. A powietrze u nas może uchodzić tylko z jednej rzeczy - materaca przeciwodleżynowego. Zerwałam się więc z wyra w tempie ekspresowym, a u babci istny pościelowy Armagedon. Kołdra była zepchnięta na bok. Babcia okryła się za to kocem i dwiema poduszkami - jedną z nich, wielką i naprawdę ciężką, musiała wyjąć spod głowy i przerzucić na siebie. Do tego ściągnęła z materaca prześcieradło od strony głowy, a materac szarpała tak długo aż wyskoczył z rurek, robiąc charakterystyczne "pfff" i stawiając mnie na równe nogi. Trzeba było zatem uporządkować ten chaos. Do łóżka wróciłam o 3.40. Potem miałam jeszcze dwie pobudki - jedną zgotowaną przez babcię, drugą przez kota. Nie do końca się wysypiam. 

Natomiast dziś od rana babcia jest w najcudowniejszym humorze, gada cały czas, śmieje się i dopomina o uwagę oraz czułości. 

Mówi o tym, że niedługo pójdzie do domu, bo mama będzie się o nią martwić, a ja mam ją odprowadzić. Trochę ją głaszczę i odpowiadam na pytania. W pewnym momencie babcia pyta - A jak ty w ogóle masz na imię? Nie da się nie mieć złudzeń, że jesteśmy na zupełnie innym etapie. Aha, i głucha też jest coraz bardziej.