Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

piątek, 10 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 123 - Czyżby długo oczekiwana stabilizacja?

Tej kolacji to wczoraj babcia nawet nie ruszyła. Takie zwieńczenie tego dnia.

Dziś za trzecim podejściem udało się załatwić (czyt. złożyć właściwe papiery z wszystkimi datami, podpisami i pieczątkami) długoterminową opiekę pielęgniarską. Teraz pozostaje czekać na telefon. Kilka tygodniu lub miesięcy. 

Z jedzeniem minimalnie lepiej. Może trochę się rozkręci. Ale złudzeń nie mam. Szału pewnie nie będzie.

Wenflon wbity na nowo. Jutro ostatnia kroplówka. Babcia jest nawodniona, więc na razie robimy przerwę.

Szukamy ortopedy, bo za 5 tygodni musimy ogarnąć kontrolę.

Adrenalina schodzi dalej. Powoli kończą się rzeczy, za którymi trzeba biegać i je organizować. Zostaje karmienie, przewijanie, oklepywanie, masowanie i rehabilitacja. Czyżby stabilizacja? Żyć, nie umierać.


czwartek, 9 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 122 - To był (prawie) dobry dzień.

Już wczoraj wieczorem wiedziałam, że dziś będzie bardzo intensywnie.

Rano od rodzinnej dowiedziałam się, że zlecenie samo w sobie jest pilne i nie potrzeba niczego dopisywać. Skalę Bartela ustala pielęgniarka rodzinna - już to mamy! Babcia na 100 możliwych punktów zdobyła 5, więc może jednak się zlitują.

Tak zaczął się mój dzień.

Dzień babci zaczął się wizytą pielęgniarki środowiskowej i nawet było nieźle. Babcia po wszelkich zabiegach sama wyprostowała nogę ze złamaniem. Potem poszła kroplówka. W tym czasie wciągnęła pół szklanki zmiksowanej zupy pomidorowej z solidnym kawałem gotowanej marchewki i pora. Od upadku nie zjadła tyle na jeden raz. Gdy miała jechać w górę do pozycji siedzącej na naszym elektrycznym sprzęcie, uprzedziłam ją, że będzie bolała ją noga. Naduszam przycisk, babcia sunie coraz bardziej, ale nie krzyczy i w ogóle zero reakcji bólowej.

- Nie bolało cię?- pytam.
- Bolało.
- Ale nie krzyczałaś.
- A co ja dziecko jestem?

Po śniadaniu gładko łyknęła prochy i gdy podsypiała, zapodałam jej trochę muzykoterapii. Ola Gjejlo jest idealny. Kochamy go obie. Leciała, kroplówka, leciał Ola Gjejlo, więc i babcia odleciała.

Są też smutki. Nie załapałam się do fryzjera. Muszę poczekać do przyszłego tygodnia. Życie jest ciężkie.

Przed rehabilitacją miałyśmy wizytę księdza. Babcia dzielnie modliła się razem z nami. Na pytanie, czy przyjmie Komunię, odpowiedziała, że nie była u spowiedzi, ale dała się przekonać, że do Komunii przystąpić może. Poszło nawet gładko.

Niedługo po księdzu przyszedł bardzo sympatyczny rehabilitant. Babcia ćwiczyła dzielnie, prostując i zginając także złamaną nogę. By ćwiczyć ręce, dostała polecenie, by splecenia rąk jak do modlitwy. No trafił w dziesiątkę, bo potem przy jakiejś okazji zrobiła też znak krzyża, a po drodze dwa razy się modliła. Wisienką na torcie okazało się rozstanie - na koniec babcia powiedziała do rehabilitanta "kocham księdza". Sympatyczny rehabilitant stwierdził, że czegoś takiego to jeszcze nie usłyszał. Mamy tę moc. Nikt nam nie dorówna.

Byliśmy z T. załatwić pielęgniarską opiekę długoterminową. Ze skierowaniem i skalą Bartela. Ale nie na tym druku, który przywieźliśmy. TEN właściwy ma dopisek załącznik nr 3 do Rozporządzenia Ministra Zdrowie z dnia 22 listopada 2013 r. I ma miejsce na podpis lekarza, bo lekarz pod skalą Bartela musi się podpisać i podstęplować. I musi być słowo PILNE na skierowaniu, bo inaczej to będziemy czekać rok. A tak to tylko 3-4 miesiące. I w ogóle to babcia jest w bardzo dobrym stanie, bo ma aż 5 punktów, a niektórzy mają zero. Są bardziej chorzy ludzie od babci. 

Jutro zatem będę naginała znowu do przychodni po to, żeby za kilka miesięcy jakaś kobieta zjawiła się u babci 4 razy w tygodniu na 15 minut, by zmienić jej pampersa i poklepać po plecach.

Wraca babci apetyt. Z pewnymi protestami, ale wciągnęła na obiad kolejne pół szklanki papki - zupa pomidorowa, marchew, por i kurczak. Nawet niezłe to. Próbowałam, więc wiem.

A jednak wyrwała sobie wenflon. Jutro będzie trzeba wbić nowy. Może jednak w nogę?

Dzień zakończyłyśmy kąpielą w łóżku (zawsze mnie fascynowało, jak to się robi - już wiem) i montażem materaca przeciwodleżynowego.

Babcia sobie wyje. Ja jestem skonana po dzisiejszym dniu. Właśnie zdałam sobie sprawę, że od pięciu dni działam na totalnej adrenalinie i wystarczyło kilka kolejnych drobiazgów, żebym się trochę rozjechała. A jeszcze przed nami kolacja... Przed babcią znaczy. Zajebiście.



środa, 8 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 121 - Ona temu winna.

Noc była spokojniejsza od poprzedniej. Babcia wybudziła się tylko dwa razy, a od 4.00 spała twardo do rana. Przed przyjściem pielęgniarki samodzielnie podciągnęła się na rękach do pozycji siedzącej, nie krzycząc przy tym na całe osiedle. W ogóle nie krzycząc. Krzyku o picie nie liczę. Gorzej było, gdy przyszła pielęgniarka z zimnymi rękoma. Ale tu również zauważam pewien postęp. Chociaż przy zastrzyku jednak machała rękoma z taką siłą, że ledwo udało mi się ją utrzymać. Prawie obyło się bez masowania, ale (helloł) pielęgniarka ma to w zaleceniu, więc... Trzeba być twardym w tym świecie i o swoje walczyć.

Z piciem nie jest najgorzej, ale z jedzeniem nadal kiepsko. Muszę ogarnąć półpłynne posiłki na razie, bo gryzienie nie stanowi ulubionego zajęcia babci.

W pewnym momencie byłam w pokoju, babcia sobie jęczała, by nagle stwierdzić: "ale bałaganu sobie narobiłam". Nie mogę się nie zgodzić. Dobrze chociaż że się przyznała. 

Siedzę sobie właśnie przy niej z laptopem na kolanach i pilnuję, żeby nie wyrwała sobie wenflonu - zaliczyłyśmy dwie takie próby. Wężyk od kroplówki też jest bardzo ciekawy. Ale dostała do zabawy jakiś element opakowania od kroplówkowego oprzyrządowania i już jej łapki zostały zaspokojone. Właśnie tak - babcia jest pod kroplówką. To w ramach tej pomocy, która napływa do nas ze wszystkich stron. Jesteśmy zalane lawiną podpowiedzi i różnych form pomocy. To niesamowicie ułatwia nam życie, gdy trzeba walczyć z systemem.



[Jakiś czas potem].

Byliśmy z T. załatwić pielęgniarską opiekę długoterminową, ale na zleceniu zabrakło skali Bartel oraz słowa "PILNE". Jutro znów muszę wstać skoro świt i naginać do przychodni. Chyba zacznę pić kawę z rodzinną i zagryzać ciasteczka, bo widzę się z nią częściej niż z przyjaciółmi.

Mamy już materac przeciwodleżynowy. Znalazł się sponsor na dopłatę do tego dobrodziejstwa. Bardzo dziękujemy sponsorowi. Materac będziemy montować jutro lub w piątek na osiem rąk, bo trzeba coś zrobić w tym czasie z babcią. Do montażu zaangażowałam Brudną i B. (tego od niegdysiejszych kąpieli), więc razem z T. jest nas czwórka (w tym dwóch facetów), więc jest szansa na powodzenie przedsięwzięcia.

Mamy też już na jutro umówionych rehabilitanta oraz księdza. Za wizytę pierwszego wybulimy pewną kasę, bo na NFZ dopiero terminy na kwiecień, a chyba nie chcę szukać nie wiadomo gdzie, skoro ci okazali się nad wyraz konkretni. Wizyta drugiego jest za dziękuję. W ogóle dochodzę do wniosku, że od niedzieli wokół babci kręci się sporo facetów. Nie wiem, czy już powinnam się tym martwić. Serce wprawdzie ma bardzo zdrowe, ale swoje lata też ma... 


wtorek, 7 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 120 - Szczęścia w nieszczęściu.

Mimo wszystko mamy jednak trochę szczęścia w tym całym nieszczęściu. Mamy sztab ludzi, którzy służą na różne sposoby - modlitwą, mentalnym wsparciem, radą, załatwianiem potrzebnych rzeczy i zdobywaniem kolejnych kontaktów, a także konkretną i namacalną pomocą.

System generalnie nam nie sprzyja. Babcia nie łapie się na objęcie jej opieką hospicjum domowego, więc wszystko trzeba ogarnąć osobno. Mamy już zlecenie na pielęgniarską opiekę długoterminową, na którą czeka się też długo. Jutro będę więc żebrała, żeby może udało się to trochę przyspieszyć ze względu na tragiczność naszego położenia. Szukam rehabilitanta i ogarniam temat materaca przeciwodleżynowego. Masuję i oklepuję.

Jestem geniuszem. Babcia miała ogromny problem z piciem, bo dotychczasowe sposoby w pozycji leżącej (najwygodniejszej do spokojnego zaspokojenia pragnienia) totalnie się nie sprawdzały. I olśniło mnie - butelka ze smoczkiem! W sklepie okazało się, że wybór jest spory i nie musi to być smoczek, ale dzióbek przypominający smoczek. Do tego butelka jest z uchwytami i ma miarkę, więc wiem, ile babcia wypiła płynu. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę - dudliła z rąk T. aż miło. Bo to T. ją poił. Pomysł z butelką zdecydowanie poprawił mi nastrój. Do tego wieczorem, gdy ją ogarnialiśmy, nie darła się tak jak wczoraj i nie wpadła w totalną histerię jak dziś rano. Bo ranek z pielęgniarką był koszmarny. Ledwo udało się babcię przewinąć. Żeby pielęgniarka mogła zrobić jej zastrzyk, musiałam trzymać babcię za ręce, bo się rzucała. O zrobieniu czegokolwiek więcej nie mogło być mowy. Dzień jednak nie kończy się tragicznie - trochę spraw udało się załatwić.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 119 - Jest strasznie.

Jest strasznie. Ale nie dlatego - jak kiedyś myślałam i myśli wielu - że taka sytuacja mnie uziemia jeszcze bardziej w domu, że mogę zapomnieć o dłuższych wyjściach, a o wyjazdach już nie wspominając; że karmienie takie na 100%; że pampersy, przewijanie, mycie w łóżku; że podnoszenie; że opieka, która wymaga jeszcze więcej czasu, energii i poświęcenia. To wszystko to jest kropla w oceanie cierpienia, jakie przeżywa babcia. Każdy ruch to niewyobrażalny ból. Nasmarowanie samych pięt to jest dla niej koszmar. A powinna mieć smarowane i masowane także kość ogonową i wszystkie kręgi. Kilka razy dziennie. Do tego przebieranie i mycie - kolejny ból. Do jedzenia i picia szukam najlepszej pozycji, ale idealnej chyba nigdy nie znajdę. Zastrzyki też przestaną być przyjemnością, gdy brzuch będzie miała siny i twardy, a igła nie będzie wchodziła tak gładko jak dzisiaj. Najlepiej się czuje naćpana tramalem, gdy śpi i nikt jej nie rusza. Byłoby super, jakby tak można cały czas. Ale nie można. Musi dużo pić, wpierdzielać kilogramy żelatyny i przezywać zabiegi przeciwodzleżynowe. I największe współczucie należy się jej, nie mnie.

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 118 - Wzloty? Nie. Upadki.

Upadała nie raz. Spadała z łóżka. Albo przewracała się przy okazji tracenia równowagi lub zasłabnięcia. Obywało się bez konsekwencji. Konsekwencji, które - miałam cichą nadzieję - nigdy nas nie dosięgną. Bo byłyby chaosem i - tak myślałam - zrujnowałby mi życie. Cóż. Dosięgły jednak, ale jakoś nie czuję grozy kataklizmu, który przecież nadciągnął i jest.

Przewróciła się z soboty na niedzielę, ok. 2.00 w nocy. Gdy do niej poszłam, leżała na wznak i w swoim zwyczaju wzywała pomocy. Podniosłam, zapakowałam do łóżka i poszłam spać. Zawodziła jak zwykle. Wstałam wcześniej, także po to, by ją trochę oporządzić. Chciałam ją wziąć do łazienki, ale wstała z trudem, zrobiła trzy małe kroki i osunęła się na kolana. Nie była w stanie ustać. Zaczęła też narzekać na ból w nodze, trzymając się za lewe udo. Najpierw przyjechała G., potem pogotowie. Jeszcze był cień szansy, że biodro jest tylko zbite, bo ruszała nogą. Wbili wenflon w rękę i raczej musieli pilnować, by go sobie nie wyrwała. Wszyscy sąsiedzi słyszeli, że znoszą ją do karetki. Wtedy już darła się na całego. Tak samo jak w szpitalu, gdzie dotarłam, jak babcia była w trakcie badań. W informacji nie musieliby mi mówić, w którym pokoju jest babcia, bo było ją słychać na odległość.

Lekarz przyjmujący, ortopeda, internista. To wszystko w przeciągu 3 godzin. 3 godzin, podczas których zbadali jej krew, zmierzyli ciśnienie, zrobili EKG (jakimś cudem, bo żaden sprzęt w pobliżu nie działał), zmienili zafajdanego pieluchomajtka na czystego pampersa (jeszcze większym cudem, bo jednego pampersa dla babci szukały cztery osoby po różnych pokojach, szafach, szafkach i oddziałach - już nawet zaproponowałam pieluchomajtki, które miałam w torbie, ale wówczas wpadli na właściwy trop i dali sami radę). 3 godzin, podczas których wozili ją między jednym a drugim pokojem, tudzież wystawili ją na korytarz w oczekiwaniu na sprzęt do EKG i konsultację internisty, który się nie zjawiał. Gdy podeszłam do niej, żeby ją trochę wesprzeć na duchu, zapytała, czy już więcej nic nie będą jej robić. Wreszcie gdy już jej zrobili EKG i nadal czekali na internistę, umieścili ją w sali obserwacyjnej. Zawsze coś.

- Dobrze? - pytam.
- Dobrze. Musi być dobrze. Nie damy się pogrzebać. - odpowiada.

Po chwili pyta, kiedy nas uwolnią.

Doczekałyśmy się krótkiej wizyty internisty, który aż osłuchał babcię i przepytał z jej dotychczasowego funkcjonowania.
Dostałyśmy informację, że wracamy do domu. Karetkę nawet nam zamówili. Znaczy babci. Mnie nie przewidziano.

Co zatem mamy? "Stan ogólny w stosunku do wieku bardzo dobry. (...) Nie wymaga leczenia w Oddziale Wewnętrznym". Co jeszcze? "Pacjentka zdyskwalifikowana z zabiegu operacyjnego z powodu braku wyrażenia świadomej zgody na zabieg operacyjny. Nie jest ubezwłasnowolniona". I najważniejsze - złamanie szyjki kości udowej.

Jedziemy więc od wczoraj na Tramalu, a od dziś towarzyszą nam wizyty pielęgniarki oraz zastrzyki przeciwzakrzepowe. Pierwszy babcia zniosła bardzo dzielnie, nawet jej się podobało. Przebieranie, mycie oraz pielęgnacja przeciw odleżynowa są już o wiele mniej przyjemne i towarzyszy im niemały protest oraz grymas bólu.

Aha. W szpitalu powiedzieli, że już nigdy nie będzie chodzić. 

Cóż. Okaże się.

EKG i wyniki krwi ma świetne.


niedziela, 1 października 2017

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 117 - Bal przebierańców

Żyjemy, żyjemy! Jak to u nas - dzieje się i się nie dzieje. Z jedzeniem czasem jest lepiej, a częściej mniej lepiej. "Perpetuum mobile - nie je, nie pije, a chodzi i żyje". Zaczynają się jednak chłodne noce, a tłuszcz babci nie ogrzeje, gdyż go nie posiada. Poza tym babcia wykopuje się często spod kołdry i nie potrafi się nią przykryć. Wówczas marznie - i albo wyje w środku nocy, że jej zimno, budząc mnie i motywując do wstania i przykrycia jej, albo nie wyje i marznie do rana. Na przeciw temu wyzwaniu wyszła jednak Rodzina. Rodzina już raz była dla mnie inspiracją, z której czerpiemy do dziś pełnymi garściami, a ściślej rzecz ujmując - pełnymi łykami. Dzięki Rodzinie wpadłam na pomysł zakupu kubka z Akuku. Rodzina swoje potomstwo na noc pakuje w ciepłe kombinezony do spania, gdyż potomstwo owe też ma tendencje do wypełzania spod przykrycia. Postanowiłam zatem zaopatrzyć babcię w takowy i podzieliłam się tym pomysłem z Mamą Rodziny. Oczywiście stanęło na tym, że kombinezon kupię w lumpie. Jak się dobrze poszuka, to w dobrym stanie się znajdzie. Nowe są drogie i nie to, że żulę kasę na babcię, ale raz że ona nie zniszczy tego, a dwa że prawdopodobnie nie zdąży zniszczyć. Mama Rodziny stanęła na wysokości zadania i przy najbliższej wizycie w lumpie sprzedała mi informację, że trafiła na coś takiego. Było w rozmiarze na 1,40 m. Wzięłam, bo babcia jest niższa ode mnie i trochę na ryzyko - wejdzie albo nie wejdzie. Wybuliłam 14 zł, kombinezon jest w świetnym stanie, bardzo miękki i naprawdę ciepły. Jego wadą, a zarazem zaletą jest to, że nie ma stóp. Babcia gubi w nocy skarpety - to jego wada. Zaleta wynika z tego, że dzięki temu babcia w niego się mieści, bo jednak nogawki są trochę przykrótkie. Na razie jednak daje radę, a szukać będę jednak czegoś trochę większego i z zakrytymi stopami.

Kombinezon jest szary w czarną panterkę, a kaptur ma urocze uszy.

Kombinezon jest tylko na noc. Więc po kolacji i sikaniu, rozbieram ją z piżamy, czemu towarzyszą większe lub mniejsze protesty, ale jednak dajemy radę. Dostaje do potrzymania mięciutki materiał oraz obietnicę, że zaraz ubiorę ją w misia. Rano śmigamy w drugą stronę - odpakowuję ją z misia i ubieram w piżamę, czemu ponownie towarzyszy pewien poziom niezadowolenia. Przypierdzieliłam więc  sobie dodatkową robotę, ale dzięki temu nie drze się tak często, że jej zimno. Drze się z innych powodów. Np. spada z łóżka (w znaczeniu - zsuwa się z niego i woła o pomoc) - ostatnio zaliczyłyśmy dwie takie akcje; chce jej się pić - co którąś noc; bez przyczyny - generalnie każdej nocy z mniejszym lub większym natężeniem (ciszej lub głośniej), czasem potrafiła wyć bez przerwy nawet dwie godziny, ale teraz jest spokojniejsza. Raz przed 3 w nocy darła się "daj chleba", ale to olałam, przykryłam się mocniej kołdrą i spałam dalej.

W dzień też zawodzi, ale do tego już przywykłam, choć nie powiem - cieszę się, gdy śpi, a w mieszkaniu panuje błoga cisza :)