Front babciny, czyli gerontologia w praktyce

środa, 29 stycznia 2014

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 26 - Radio

"To ja, to dla Ciebie gra Twoje Radio" chrypie Cugowski w znanej piosence. Radia słucham niezbyt często. Babcia też na ogół nie wykazuje nim zainteresowania. Na ogół, zaznaczam.  Jeśli jednak wykaże, to w najlepszej do tego porze dnia. Hmm... Napisałam dnia? Ekhm... No, nie do końca jest to prawda.

Budzik nastawiam zazwyczaj w okolicach godz. 7.00 (żeby potem przestawiać go, ile się da). Muzę przeznaczoną do wyrywania mnie z morfeuszowych objęć zmieniam rzadko (ostatnio jest to Kontrast - taki religijny psychodelik). Dzięki temu wiem, kiedy i co mnie obudzi dnia następnego. Teoretycznie przynajmniej. Bo scenariusz może ułożyć się nieco inaczej. Przerabiałam to na szczęście dopiero dwa razy.

Środek nocy, czyli godzina 6.00. Nagle w całym mieszkaniu rozlega się hałas. Jakaś muzyka. Nie ogarniam skąd, dlaczego i jak. Poziom głośności wzrasta i maleje, wzrasta i maleje. Potrzebuję chwili, aby zorientować się w sytuacji. Drogą jeszcze lekko zaspanej dedukcji dochodzę, iż babcia majstruje przy radiu. Idę. Wyłączam. Poganiam do spania i sama nurkuję w pościeli na godzinę.

Może być również tak (akcja tegoż tygodnia):

Środek nocy, czyli godzina 00.40. Łazienka. W ciszy nagle rozlega się muzyka. Telefon...? Ktoś dzwoni...? Nie, ja przecież nie mam takiej melodyjki... Nie ogarniam skąd, dlaczego i jak. Potrzebuję krótkiej chwili, aby zorientować się w sytuacji, że babcia majstruje przy radiu. Poziom głośności maleje i nagle baaaaaaardzo wzrasta. Nie idę. Nie mogę. Przecież jestem w łazience. Babcia wysłuchuje najpierw jakiegoś popowego kawałka, a następnie leci reggae. Wyłącza w połowie. Cieszę się. Sąsiedzi zapewne też.

Puenta:

Jeśli masz w domu babcię, wszystko, co masz, może zostać użyte przeciwko tobie.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Co to jest - upada i go nie ma?

Historia dwóch czapkuf i trzech rękawiczek.

Zimno. Bardzo zimno. Zimno szczególnie w ręce, jak przez tydzień łazi się bez rękawiczków zwanych rękawiczkami. Łapki marzły bardzo od momentu zapodziania ich gdzieś, gdziekolwiek, niiewiadomogdzie. Podjęta została zatem decyzja o zakupie nowych. Bo insze jakieś Mała ma w domu. Zapasowe. Ale tu nie ma, tam nie ma. To Mała w swej maleńkiej czarnej rozpaczy już nie wiedziała, gdzie być mogą. A mróz odpuścić nie chciał. I mroził. O tak mroził:


No to Mała rada nowe ocieplacze na paluszki zakupić poszła. Chodziła sobie wśród kolorowych wystawek i jeździła po schodkach ruchomych. Noskiem zahaczała jednak jedynie o te sklepy z rękawiczkami, by na nic innego cennej drobnicy nie wydawać. W tym momencie narratorowi nos rośnie jak u Pinokia i przebija laptoka na wskroś. Mała miała bowiem od momentu przekroczenia progu źródła sztuki użytkowej wszelkiej cel jeden w zanadrzu - nawiedzenie składu papieru i wydobycie z niego tytuł nowego nowością zwanego autora "od Gdańska", czyli Pawła Huelle (ku zdrowotności, na podwyższenie wskaźnika hemoglobiny oczywiście). Jak się zaopatrzyła, ruszyła szukać rękawiczek. Tu za drogo. Tu za brzydkie. W ten sposób trafiła do Rezerwatu. Zwietrzywszy promocje rękawiczkowe, gmerać poczęła, czapunię pod pachę zapakowawszy, by ręce uwolnić i rękawiczki mierzyć. Trafiwszy na najodpowiedniejsze w estetyce, poziomie dostarczania ciepła i cenie, Mała podreptała dokonać transakcji. Kiedy jednak już opuścić Rezerwat zamierzała, jakie było jej zdziwienie, że pod pachą nie ma czapki. Zaczęła zatem dreptać wokół wieszaczka z rękawiczkami. W tę i nazad. Ale tu nie ma, tam nie ma. To Mała w swej maleńkiej czarnej rozpaczy już nie wiedziała, gdzie być może. A mróz odpuścić nie chciał. I mroził. O tak mroził:

(Fotka Brudnej, ale ciii...)

Mała potuptała więc do miłej pani przy kasie, ale nikt nie dostarczył tam czapki. Chciała Mała wrócić do domu bez czapki. Ale mróz. Pozostało zatem Małej nową czapkę w Rezerwacie upolować. Polowanie odbyło się szczęściem dość szybko i korzystnie nawet, toteż Mała zadowolona jest. Choć trochę uszy uciekają spod ciepła. Ale Mała opracowuje system.

Jedna z wersji:


A dziś Mała odzyskała jedną z zagubionych rękawiczek. No to ma teraz trzy.

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 25 - Niedźwiadek

Wraz z zimą, która zechciała się uaktywnić i zmienić nasze najbliższe otoczenie (dalsze jest dalsze, więc nie jest w zasięgu naszego zainteresowania) w Krainę Lodu, nasiliły się, wyostrzyły i uskrajniły zwykłe zwyczaje. Zwykłym zwyczajem jest babcine spanie w przeciągu dnia. Skrajność wyraża się w przespaniu przez babcię dnia całego - bez przerw na jedzenie, picie i siku. Konsekwencje próby wybudzenia babci z letargu można ująć w słowach znanej dziecięcej śpiewki:

Stary niedźwiedź mocno śpi,
stary niedźwiedź mocno śpi,
my się go boimy, na palcach chodzimy,
jak się zbudzi, to nas zje,
jak się zbudzi to nas zje.

Babcia nie jest "starym niedźwiedziem". Raczej jest niedźwiadkiem. Choć nie raz słyszałam od niej: "Zjem cię". Coś w tym więc jest. Otóż po przespaniu dnia przez niedźwiadka, w nocy wychodził na "żer" do swego "paśnika", w którym zawsze podrzucone były jakieś smakołyki - kanapki, mandarynki, jabłka, drożdżówka. Wodopój także nie zaznaje biedy - herbata i/lub kakao zawsze czekają na spragnione zwierzątko. W naszym buszu dzika drobnica ma solidną opiekę. Szczególnie, gdy odwiedzają nas goście. Nie obowiązuje u nas zakaz dokarmiania niedźwiadków, więc wszyscy są zadowoleni. Uzupełnianie wodopoju cieszy się największym powodzeniem i sprawia największą radość (zważywszy, iż wodopój opróżniają wszyscy towarzysko).

Oto dowód:


piątek, 24 stycznia 2014

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 24 - Ta zdrowsza

W świetle ujawnionych informacji, iż babcia może poszczycić się lepszym zdrowiem niż ja, skończyła się taryfa ulgowa na roboty domowe. Skoro ja w tym "team'ie" jestem chorsza, no to sorry... Żeby nie być gołosłowną, wrzucam fotorelację z wczorajszego prasowania. Miał nam towarzyszyć Pelan (o. A. Pelanowski), ale nie mogłam się zdecydować, co nam puścić, więc skończyło się na słuchaniu Daniela Ange.





Pajączek

Gdy zobaczę na ścianie pajączka
To wydłubię mu wszystkie oczka
Lecz to nie ty
Szkoda, że to nie ty

I powyrywam mu wszystkie nóżki
Powykręcam wszystkie paluszki
Lecz to nie ty
Szkoda, że to nie ty

I przybiję go szpilką do ściany
Będą sobie flaczki fruwały
Lecz to nie ty
Szkoda, że to nie ty

I utopię go w szklance wody
Niech przynajmniej zażyje ochłody
Lecz to nie ty
Szkoda, że to nie ty.

Nie, nikt mi nie podpadł; nie zalazł za skórę; nie wprowadził w stan permanentnej chęci zrobienia krzywdy. Nie jest to również twórczość własna. Powyższy tekst jest tekstem piosenki poznanej wśród pielgrzymkowych tumanów piachu, w środku lasu albo podczas dreptania przez jakąś niemal zapadłą wioskę - dokładnie już nie pamiętam, w jakiej scenerii usłyszałam ją po raz pierwszy. Takie "kawałki" jak ten, nie są utworami reprezentacyjnymi. Teksty typu: "Jeeeeeeeeedzie Dżony x2, maaaaaaaacha lassem x2" unikają rozgłosu wśród spotkanej gawiedzi. Zwłaszcza (mało)miejskiej.

Skąd zatem ten pajączek? Tak mi się wczoraj ta piosenka przypomniała, gdy wieczorem miałam bliskie spotkanie z pajączkiem w łazience. Jak się tam znalazł - nie wiem. Przerażenia jednak mojego nie wzbudził. Choć w dzieciństwie zaczęłabym w takiej sytuacji drzeć się, skakać i demolować w panice otoczenie. Obecnie pajączków nie zabijam (nie z powodu zabobonu, że deszcz albo inne nieszczęście; po prostu nie uważam tego za konieczne), tylko przywracam środowisku naturalnemu, czyli wywalam na dwór. Jednak panujący teraz mróz skazałby pajączka na niechybną śmierć. Miałam zatem wyjście - uśmiercić pajączka albo przez zamrożenie jego organizmu albo utopienie go w klozecie. Wybrałam więc to drugie rozwiązanie, gdyż było bliżej i chyba śmierć przyszła szybciej.

P. S. Chyba zacznę rozwijać pisarstwo o niczym ;-)

wtorek, 21 stycznia 2014

Wyniki po raz drugi

Wolny dzień zmotywował mnie do zrobienia wyników. Bo co niektórzy jakiś czas temu (niby żartem, niby nie) mawiali, że pewnie mam gorsze od babci. Nieco z ciekawości więc zajęłam się tą kwestią. Poszłam.

Podwinęłam rękawek i pooglądałam, jak miła kobieta wbija się w moją rękę lśniącą igłą, by następnie uszczknąć trochę brunatnej cieczy. Pani była bezbłędna. Sama wprawa, zero zmęczenia materiału, chociaż byłam prawdopodobnie jej sto sześćdziesiątym ósmym wkłuciem (taki przydzielono mi numerek). Miłe przeżycie. I że ja kiedyś uciekałam przed takimi doznaniami. Aż trudno uwierzyć.

Popołudniem grzeczniutko wyniki poszłam odebrać. Na pewniaka. Dwa lata temu były świetne. Teraz też będą. Dostaję świstek. Patrzę. Raz. Drugi. Potem na nazwisko. Zgadza się - moje. Potem znowu na wyniki. No i dobrze, że się z nikim nie zakładałam. Są gorsze od wyników mojej osiemdziesięciodziewięcioletniej babci. Dobry motyw. Powodu do paniki na szczęście nie ma. Nie umieram na razie (chyba :P). Ale jak stwierdziła J. - babcia mnie przeżyje.

Póki co walczę z migdałkami. Albo inaczej - migdałki walczą ze mną. Odesłana zostałam jednak do wysokiej jakości broni przeciw temu utrapieniu. Muszę uzbroić się w 1) goździki, 2) oliwę z oliwek, 3) pigwówkę z miodem. Nie ukrywam, że najbardziej odpowiada mi rozwiązanie trzecie. Trzeba tylko znaleźć dobre źródło, gdzie można by nabyć owy lek ;-).

Front babciny czyli gerontologia w praktyce. Odc. 23 - Dzień Babci?

Dziś mam wolne od jazdy w tę i nazad autobusem z siedmiogodzinną  między tymi rejsami przerwą na pracę. Siedzę więc w domu. Taki prezent-nieprezent dla babci. Nieprezent, bo babcia już pytała, czy przyjdzie dziś Ilona. Nie przyjdzie. Babcia skazana jest więc na moją obecność. Niech się biedna przyzwyczaja. Jeszcze dwa tygodnie i stanie się to standardem, a nie wyjątkiem w monotonnej plątaninie dni. Wnuczka niedzielna stanie się wnuczką codzienną. Może być całkiem odjazdowo. Zobaczymy. Babcia póki co nie wie. I tak zapomniałaby po pięciu minutach, a jakieś niemiłe uczucie mogłoby w niej jeszcze zostać. A po co?

"Dziś jest Dzień Babci" mówię, gdy pod babcinym nosem ląduje rogalik z serem od Koszyczarskiego (dygresja: Koszyczarskiego odkryłam dzięki J. i tak zostało; zwłaszcza, że po przeprowadzce mam do niego bliżej). Babcia rzecze: "Tak?" i zabiera się za słodkość. Obeszło ją. Dzień Babci. Pfff... Tak jak urodziny. Pfff... Czy Wigilia. Pfff... To była moja trzecia próba wrzucenia nas w jakiś kulturowy schemat w stylu: "Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci", badylki, czekoladki itepe. Ale z drugiej strony nie ma odbioru, więc ostatecznie się poddaję. Poddałam się częściowo w Wigilię. Choć jeszcze gdzieś w przeciągu czasu zagaiłam, że Wigilia. Bez odbioru. No, i dziś też zapodałam temat. Chyba ostatni raz. Rezygnujemy ze świętowania kulturowego. Bo babcia ma święto zawsze, gdy jest zadowolona. 

Gdy nogi nie bolą. 
Gdy "kalafiorki" grzeją. 
Gdy można podkraść kolejnego wafelka.
Gdy przyjdzie ktoś lubiany. 
Gdy herbata jest "akurat".
Gdy...

Lista jest dość długa, więc i powodów do świętowania jest wiele. Tego się więc trzymać będziemy.


Spanie też wlicza się w świętowanie :)